W każdy kąt była wpisana niewymowna tęsknota, budząca się w środku nocy, gasnąca za dnia, gdy rozlane mleko promieni słońca rozpościerało blichtrem niebo, lawirując między tym przeklętym być, czy nie być. W końcu przez ostatnie miesiące, donikąd nie uciekały jej ramy czasu, w jednej z nich zatrzymał się widok jego wzburzonego oblicza, którym obdarzał ją przynajmniej raz na parę dni – za każdym razem, gdy przemijalność muskała welonem jej piegowatą buzię. W gruncie rzeczy, Leander nigdy nie władał jej sercem ani duszą; w gruncie rzeczy, już od dawna była oddana bezkreśnie Mulciberowi. Możliwe, że gdy sobie to uświadomiła za pierwszym razem – coś w niej drgnęło; jednak gdy ta świadomość przychodziła coraz częściej, zastając ją nieśpiącą o świcie – nie potrafiła spojrzeć w oczy Yaxley’a. Nienawidziła, gdy mówił o dzieciach; gdy warunkował jej wartość na podstawie ascetycznego ubioru i liliowych szminek; gdy ją tłamsił.
W gruncie rzeczy, nie chciała nigdy za niego wychodzić, a brudny sekret jej życiorysu zakopywała każdorazowo pod dywan. Bezpłodność czyniła ją na rynku matrymonialnym jednym ze słabszych okazów i choć była bogata i urokliwa – była pewna, że nikt by jej nie zechciał. Mulciber był nią oczarowany, wpatrzony głęboko w sarnie tęczówki, dotykający ją z zaborczością, w której tliły się mary delikatności.
Myślała o nim każdorazowo, gdy Leander zaciskał smukłe palce na jej szyi.
Nie wiedziała, co Severine do niej czuła; nie widziała tej plejady gwiazd, która dla niej zamykała się w oczach Loretty; nie widziała mikrokosmosu pamięci, w której zamierał każdy jej oddech. Traktując ją jak przyjaciółkę – wierną i wyzbytą z wybiórczości – bezceremonialnie ją raniła, nieświadomie. Nie wiedziała przecież, jak zaciska dłonie w pięści, gdy słyszy o kolejnym spośród mężczyzn Lestrange, jak dba o nią na każdym kroku. Severine ją kochała, a ona pozostawała na te uczucia ślepa.
Pociągnęła ciężko nosem na jej słowa. Wiedziała, iż miała rację, że cała sytuacja była wypadkową tego, co już dawno było oznajmione w ich relacji. Nietrwały charakter, przemoc i toksyna – wszystko to wybijało się na kanwie ich perwersyjnej miłości, która miłością nigdy nie była. Lubiła jednak myśleć, iż Leander kochał ją faktycznie i silnie – co najmniej tak, z jaką siłą to deklarował.
– Opowiedz mi – wydukała między szlochem rozdzierającym pierś. – Nikomu nie powiem. Chcę tylko myśleć o nim jak najbardziej parszywie. Chcę, aby przestał wypełniać moje myśli, bo… Och, na boga, ja nawet nie wiem, czy go kochałam prawidłowo. Chcę, aby w mojej głowie umarł. I abym na ten jego grób splunęła – rzekła, co jakiś czas załamując głos, łapiąc w obie dłonie szklankę.
Wypiła duszkiem całą szklankę wypełnioną po brzegi trunkiem; odrobinę zaszumiało jej w głowie, gorąco skąpało jej ciało pod wiosenną sukienką, gdy odkładała z głuchym stukotem naczynie na stół. Poczęstowała się także papierosem, aby odpaliwszy go, poróżnić je gęstymi kłębami dymu, wirującego ku sufitowi.