Nigdzie nie wyjdziesz. Zakrztusił się prawie tą czekoladką, wierząc święcie, że ona mu pomoże, tak tu i teraz, chociaż wystarczyłoby wstać i otworzyć te drzwi. Jeśli stąd wyjdziesz... Słowa miały moc. Za dużo mocy. Jeśli stąd wyjdzie to co? Naprawdę spełni groźbę - zamknie go w jednym z pokoi? Czy może jeśli stąd wyjdzie to stanie się coś gorszego niż kilka dni siedzenia z dala od kochanego szumu morza, usychania jak kanarek w złotej klatce? Rozkaz, by zwracać się do niego już tylko per ojcze grzmiał nad nim. Tak, to rzeczywiście były prawdziwe burzowe chmury. Wszystko było ciemne. Było przyjemne, letnie popołudnie, a tymczasem świat Laurenta był ciemny i rozmazany przez łzy. Sądził, że już nie miał na nie sił. Że już ta ściśnięta okropnie klatka piersiowa, przez którą każdy wdech był bolesny, nie zdobędzie się na kolejny szloch. Na szloch może się nie zdobyła, ale ta słona woda znowu mocniej popłynęła po jego policzkach, wypływając z zaczerwienionych oczu, gdy tak kulił się pod tymi drzwiami. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nie wiedział, co mówić. Nie wiedział, gdzie podziać ręce. Tylko skupiał się na oddychaniu. Próbował oddychać, żeby nie zrobić sobie krzywdy.
rozchylił usta, żeby wydobyć z siebie dźwięk, ale nic z nich nie wypływało. Żadna głoska. Dławił się tym płaczem i struny głosowe nie chciały nadążyć za oddychaniem. Zamknął je więc, skupiając myśli i wolę na tym, żeby odpowiedzieć. Jeśli odpowiem przestanie być zły. Chciał tylko... trochę czułości. Delikatności. Akceptacji. Nawet nie zrozumienia - wiedział, że ojciec ma trochę inne wartości i zrozumienie dla niego tego wrażliwego i kruchego świata, z jakiego był zbudowany byłoby trudne, a może nawet niemożliwe. Dlatego chciał tylko trochę akceptacji. Chociaż odrobinkę... Zamiast tego było ponowienie propozycji, że może tu zostać nawet i na tydzień czy dwa. Żeby przemyślał swoje zachowanie wobec ojca - nie zostało to powiedziane, ale przecież to rozumiało się samo przez siebie, skoro na końcu i tak mieli wrócić do tej rozmowy.
- J...j...j-j...a... - Nie potrafił. Naprawdę po prostu nie potrafił. Kiedy już udało mu się wydukać to słowo to znowu zadławił się wręcz płaczem i powietrzem. Zsunął się bardziej na tych drzwiach. Przechyliło go trochę bardziej na bok i podparł się instynktownie na przedramieniu. Ciało jak z ołowiu przepływało samo z kąta w kąt, tak jak już nawet nie do końca kontrolował ruchu swojej głowy.
Nie. Mógł. Oddychać.
Przesunął ręką po panelach, przesuwając te śliczne pralinki, które dostał od Victorii w morskie motywy i wzory, gniotąc jedną z karteluszek, która była zaproszeniem do opery na The Flower Girl - coś, co musiało się spodobać Edwardowi Prewettowi kochającemu egzotykę. Koreańska opera zaś nie trafiała się tutaj często. Taki to był właśnie plan - pójść z nim. Wybrać się, skoro mogli spędzić trochę czasu razem, w końcu jutro był dzień ojca. Chciał go zaprosić. Wraz z jednym z biletów na podłogę wyślizgnął się i zadzwonił złoty galeon, kiedy Laurent tak coraz bardziej przechylał się do tych paneli, wysuwając z kieszeni różdżkę. Przed oczami miał ten piękny moment, kiedy był dzieckiem i ojciec wziął go na ręce. Nie było bezpieczniejszego miejsca w tamtym momencie. Nie było lepszej chwili niż kiedy go pochwalił, że jest dumny i że jest jego synem. Że zadba o niego.
Uniósł ją tak, jakby celował w samego Edwarda. Rozmazany obraz przed jego oczami, wirujący, zniekształcający się widział go ciągle takiego samego. Z jego różdżki wysunął się przejrzysty wąż, którego błękit rozjaśnił pomieszczenie. Ale zaraz je opuścił. Zniknął.
Pojawił się przed Florence.
- Gabinet Edwarda. Pomóż... - Wąż, słaby i niewyraźny rozpłynął się zanim dobrze dokończył wiadomość.
Sukces!
Sukces!