18 kwietnia 1972
Ulica Śmiertelnego Nokturnu
Loretta Lestrange i Murtagh Macmillan
Płaszcz kwietniowej nocy swoją szaroburą aurą otulił Londyn mgłą; tylko gwiazdy, przebijające się gdzieniegdzie przez masyw chmur, mrugały nieprzejednanie; welon chłodu wzierał do kości, przypominając o nieuchronności przemijania – skostniałe dłonie schowała do kieszeni czarnej szaty, zanurzając się w niezbadane odmęty Nokturnu. Kaptur zasunięty nisko, skrywający nieomal całe oblicze, poza wielkimi, ciemnymi oczami, w których odbijały się bladożółte światła latarni gazowych. Stukot obcasów zwiastował jej nadejście, prędko rozchodząc się echem po uliczkach – nie przywykła do brylowania w spelunach, a w samym Nokturnie pojawiała się wybiórczo, teraz jednak, ten zatęchły zapach trzeźwił jej umysł, wyostrzając wszelkie zmysły.
Do jej naturalnego szaleństwa, przypięte zostało rozgoryczenie związane z Leandrem, które czyniło mieszankę tanatycznie przerażającą; była gotowa do czynów okrutnych w swej krasie – rozlana posoka, tworząca rozkwitające, rdzawe róże na podłożu, smakowała jej najlepiej, gdy przepełniała ją niejasna złość. Była iście rozdrażniona – tak, jakby faktycznie był dla niej istotny w jakiejkolwiek mierze. Sama by tego nie przyznała, ale budził się w niej silny syndrom sztokholmski, w szczególności, gdy zaciskał smukłe dłonie na jej krtani; gdy krzywdził ją psychicznie na wybitnie wyrachowanych poziomach. Tęskniła do niego, nie była to jednak zdrowa tęsknota.
Nic jej dotychczasowo nie uświadomiło tak bardzo, że płonie uczuciami względem Mulcibera.
Skręciła w jedną z bocznych uliczek, już zza zakrętu, dostrzegła jego smukłą, rzucającą solidny, wysoki cień osobę. Roziskrzone spojrzenie zatrzymało się gdzieś na jego obliczu, a usta mimowolnie wykrzywił parszywie urokliwy uśmiech. Raz jeszcze spojrzała w niebo – nie zapowiadało się na deszcz, londyński bruk był jednak pod tym kątem wyjątkowo zdradliwy – dostrzegła jednak jedynie obłoki waty cukrowej wędrujące niespokojnie po nieboskłonie, popędzane powiewami wiosennego wiatru.
Przez chwilę chciała coś powiedzieć, jednak właściwe dictum nie wciskało się na usta. Cześć, ukarzmy razem tę szlamę? Pokręciła głową jedynie, ubarwiając przestrzeń w ciche westchnięcie. Palce aż drżały, na samą myśl o zadaniu bólu – była jego niebywałą entuzjastką, a krzywdzenie sprawiało jej sadystyczną przyjemność. W niczym nie przypominała bankietowej lwicy, którą otaczał zawsze wianuszek panien i dżentelmenów.
Już w spojrzeniu, którym utknęła w jego oczach, wszystko było wydatne i jasne.