Londyn, w przeciwieństwie do większości miejsc na świecie, wcale nie wyglądał wiosną o wiele lepiej niż jesienią czy zimą. Zarówno jesień, zima, jak i wiosna, przynosił miastu łkający deszcz, szare chmury o marsowym wyrazie i podmuchy wiatru znad Tamizy. Murtaghowi to jednak nie przeszkadzało. Owszem, chętnie pozbawiłby Londyn mrowia ludzi, którzy gonili w tę i spowrotem za swoimi sprawami, ale samo miasto uważał za całkiem odpowiednie. Nie mroźne, nie skwarne, a letnie.
Przemierzając je tej nocy, a właściwie tego wieczora, myślał o tym co będzie musiał zrobić już bardzo niedługo. Mógł, mógł. To przywilej, nie obowiązek. Upomniał sam siebie w myślach, wydłużając krok. Dziewczyna, którą miał zamiar odwiedzić, wynajęła niedawno pokój na Śmiertelnym Nokturnie, na przeciwko Palarni Changów. Podejrzewała, że wokół przybytku dzieje się coś na tyle nielegalnego, że nie powinno mieć miejsca nawet na takiej ulicy jak ta. Ale to już nie miało znaczenia. Po dzisiejszym wieczorze dziewczyna już nigdy miała nie postawić stopy na Nokturnie i dostawać ciarek na samo brzmienie nazwy tego miejsca.
Czekał na nią od jakiegoś czasu, zerkając co jakiś czas na swój złoty zegarek. Myślał, czy warto będzie go użyć po wszystkim, wzywając do siebie swoją pupilkę, ale może sama rozkosz zadawania bólu mu wystarczy. Tym bardziej, że robienie tego w towarzystwie takiej kobiety jak Loretta było wręcz podwójnie wspaniałe. Czarnowłosa, szczupła i odziana w płaszcz, pojawiła się w alejce stawiając kroki z pewnością i władczością, jakiej inne kobiety mogły jej tylko pozazdrościć. Imponowała Murtaghowi, na tyle, że nigdy nawet do głowy mu nie przyszło by próbować ją uwieść. Wiedział, że nie byłby w stanie potraktować jej jak każdej innej "zabawki", a ona nie zasługiwała na takie traktowanie. Nie miał pojęcia, że właśnie coś takiego przeżyła, a jej chęć zadawania bólu podsycana była przez wściekłość na niedoszłego narzeczonego.
- Zanim wejdziemy, parę spraw. - odezwał się do niej tonem, którym mógł przemawiać do swoich podwładnych w Ministerstwie. - Możesz robić co tylko zechcesz, dopóki trwale jej nie uszkodzisz. Nie musimy nosić masek, ale nie mów do mnie po imieniu. Imiona dużo trudniej wymazać niż twarze czy inne obrazy. Jeśli powiem, że wystarczy, to wystarczy. No i to chyba tyle. - kiedy skończył mówić, obojętny wyraz twarzy zastąpił u niego nieprzyjemny, zły uśmiech.
- Cóż, panie przodem...- wskazał Loretcie wąskie drzwi, prowadzące na klatkę schodową, gdzie na piętrze, w pokoju, przypuszczalnie spała ich dzisiejsza ofiara. Polowanie się rozpoczęło.