— Oczywiście, że słucham.
Martin nie nosił żałoby po Kordelii. Nie miał okazji jej poznać. Była w jego oczach obiektem w rękach matki. Niezbędnym elementem jego poprawnego i godnego życia. I to nad utratą tego bolał mężczyzna. Szansą na poczucie "normalności". Od zawsze był marzycielem, bujał w obłokach tworząc nierealne wizje, oczekując od życia nie wiadomo czego. Ból zaznany od srogiej realności sprowadził go na ziemię. Nie miał wygórowanych marzeń. Zostanie przykładnym mężem to coś, nad czym był w stanie sprawować kontrolę. A jak się okazało — nawet tego nie dane mu było sprawdzić.
Dom mody zawirował na kolejnej orbicie jego zmartwień. Nic gorszego od sterczenia w miejscu i czekaniu aż pobrane zostaną miary, potem przymiarki, przypadkowe wkłucia szpilek... Na całe szczęście Crouchowie byli na tyle bogaci, że mogli sobie zafundować prywatne spotkanie, nie w godzinach największego tłoku.
Drobny żarcik o terminarzu wyjaskrawił beznadziejną sytuację Martina. Praca w zaciszu własnego domu wiązała się z wygodą ale i zbyt dużą elastycznością, wykorzystywaną przez innych.
Wyprostował się mimowolnie pod dotykiem matki. Wiedział, że nie obdarzyła go fałszywym pochlebstwem. Był to bardziej kolejny krok ku dążeniu do celu. Jeśli coś powtarza się wiele razy, to w końcu staje się prawdą. Martin zdecydowanie miał duże predyspozycje, by spełnić wolę pani Crouch. Jego uległość i bierność wobec życia stanowiła zaletę. Poczucie zagubienia i wyobcowania wręcz pchała go w ręce matki. Był gotów, wręcz chciał wstąpić w kolejny mariaż. Chociaż nim aż targało na samą myśl i najchętniej zwlekałby z tym wieczność.