Uśmiech lawirował miękko na jej wargach, znacząc zewnętrzne kąciki oczu płytkimi zmarszczkami; coś w niej drżało niespokojnie, zupełnie jakby chciało umknąć z tej klatki żeber, pętającej istną bestię świetlistymi łunami. Odrzuciła głowę raz jeszcze do tyłu, wpatrując się w bezkresne niebo, w połacie rozciągającego się nieboskłonu, na którym tylko migotliwe gwiazdy i masyw chmur wędrowały. Było w tym coś fatalistycznego; pewien koniec i początek zarazem – zacisnęła dłoń w pięść, znacząc delikatną skórę bladymi półksiężycami. Ekscytacja rosła w niej do rangi ekstremum, przybliżając coraz bliżej do tego, do czego była niebanalnie stworzona. Zadawanie bólu kiełkowało w niej powoli, aby w pewnym momencie wybuchnąć absolutem – nic nie sprawiało jej tak sadystycznej przyjemności, jak widok ludzkiego cierpienia.
Stojąc przed nim, odziana w szatę i własną wyśrubowaną dumę, smakowała każdego słowa, którym chciała go obdarzyć. Coś utknęło na dnie krtani; pewne niewypowiadalne wersety. Uśmiech ponownie rozszerzył jej wargi, ujmując całokształt niewinnej, drobnej istoty w ramach roznegliżowanej, ognistej tancerki, bardziej aniżeli tchnącej chłodem lichwiarki. Iskry błyszczały się w oczach, zupełnie jak te brylanty gwiazd, którymi poprzetykany był nieboskłon.
Stukot jej obcasów zwiastował huragan osobowości; pewny krok, którym mogła się cechować wyłącznie ona, lawirując biodrami na wysokim obcasie. Wszystko składało się w zwięzłą całość – jej pewność siebie, duszny zapach piżmowych perfum i oblicze nieskalane cieniem sumienia tudzież jakiejkolwiek moralności.
– Tak – wydukała z siebie jedynie na polecenia i zasady, ujmujące w skategoryzowaną pełnię ich plan.
Wsunęła się do środka kamienicy, a w jej nozdrza uderzyła woń stęchlizny, charakterystyczna dla tego typu miejsc, a jednak godząca w jej zmysł snobki. Gdy stanęli przed drzwiami ofiary, zwróciła ku niemu jeszcze jedno spojrzenie i skinąwszy mu głową, nacisnęła klamkę.
Spodziewała się, iż ta nie ustąpi, a zamek trzeba będzie rozbroić – ta jednak otworzyła drzwi z cichym skrzypieniem. Weszła do środka w ciszy, rozglądając się po przestrzeni, a do jej uszu dobiegł dźwięk radia – skierowała się ku pomieszczeniu, z którego dobiegały dźwięki, zastając kobietę, siedzącą tyłem.
Zwróciła ku nim różaną, bladą twarz po chwili; szeroko rozwarte oczy, pąs zdobiący oblicze i przejęcie lawirujące gdzieś między tęczówkami a wargami. Wpatrywała się w nich przez chwilę, dłonią powoli sunąc po blacie, na którym spoczywała jej różdżka – nim jednak ją chwyciła, Loretta zamachnęła się, rzucając zaklęcie, które miało związać ofiarę świetlistymi więzami.
Sukces!