Każde wspomnienie o Leandrze rozdrapywało wciąż jątrzącą się ranę; w gruncie rzeczy, nie żałowała, że go nie ma przy niej – żałowała swojej urażonej dumy, jakoby miała zostać porzucona. Ona! Loretta Lestrange porzucona! Coś niemiło przewracało się w żołądku, gdy tylko o nim myślała, a koncepcja zemsty trawiła ogniem wnętrze; tak niekrycie chciała, aby poczuł ból, że od miesiąca nieomal przyświecała jej na koncepcja, którą teraz miała zrealizować, płynąc do Ameryki pośród pienistych fal rozbijających się o kadłub statku. Coś w niej drżało przecież, jakby jedna ze strun została przeciągnięta zbyt mocno; jego obecność przecież była duszna, każdorazowo wydobywała ostatnie tchnienie z jej piersi, tylko po to, aby je zamknąć w barwnej szkatułce wspomnień; w alkowie jej urażonej dumy.
Alexander był kimś zgoła innym; ilekroć pojawiał się w progu jej mieszkania, wpuszczała go z cichym westchnięciem – gdy był pijany ponad określoną wartość, spał na wycieraczce. Bo wracał do niej zawsze i w całej rozciągłości tego słowa; otulał jej łydki ramionami, prosząc o rękę, dając jednocześnie pierścionek z drutu stworzony. Walentynki odcisnęły się piętnem na tyle dużym, że sama nie wiedziała, kim jest – żoną Mulcibera czy narzeczoną Yaxley’a.
Wszystko było zaplątane na trzy supły.
– On musi mnie popamiętać, Diano – zawyrokowała nad przyszłym losem Leandra, mocząc ponownie wargi w szkarłacie trunku.
Przełknęła ciężko ślinę, wbijając wzrok w morski bezkres; ląd już dawno zniknął za horyzontem, pozostawiając po sobie jedynie spienione fale i bezdenną otchłań morską – w tym momencie właśnie, zaczęła się odrobinę lękać; tego, co zastanie w Ameryce; tego, jak bardzo się zmienił na przestrzeni miesiąca. Jednocześnie kiełkowała w niej satysfakcja – mogła go stosownie ukarać, w tym przypadku jednak cruciatus był niewystarczający.
– Osiem lat – odparła.
Istotnie, ich saga ciągnęła się na przestrzeni mnogich lat. Osiem ciężkich lat, podczas których odsuwali się od siebie tylko po to, aby ponownie przeciąć swoje orbity – jak te sputniki. Zawsze wracali, a żywili do siebie wszystko, poza obojętnością. Ich relacja skąpana była w letnim, lepkim soku nienawiści, oddania i niezawoalowanej miłości. Prawdopodobnie dlatego znosiła wszelkie sowy, które rozbijały się o jej okno, niosąc kolejny zaćpany list.
– Diano, ja jestem jego żoną – wydukała po chwili, uciekając wzrokiem w morski bezmiar. – W walentynki tego roku, przyszedł do mnie do mieszkania, ponownie mi się oświadczając. Byliśmy pijani w sztok, znaleźliśmy jakiegoś szamana i wzięliśmy ślub w jakiejś cygańskiej przyczepie. W świetle bóstw, jesteśmy małżeństwem.
Nie była ubrana na biało. Miała na sobie wówczas wymiętą, źle zapiętą koszulę, losowe spodnie i rozwichrzone włosy – nie wyglądała jak panna młoda nawet przez pryzmat krzywego zwierciadła. Dotkliwie zapamiętała jednak, gdy trzymała go za dłoń, a szaman odprawiał czary-mary na ich ślubnym kobiercu.