Odziana jedynie w to, czym była – efemeryczną idiotką, która zapłonęła emocjami do istnienia niewłaściwego; chociaż – czy kiedykolwiek go naprawdę kochała?; zdawała sobie sprawę, iż była w stanie go w sobie rozkochać, iż ich puste słowa o wzajemnej miłości miały znamiona jakiejkolwiek dozy szczerości. Nigdy nie było to jednak uczucie czyste, nigdy niczym nieskrępowane i wieczne, wyniesione pod arkany niebios – a ona, trychotomiczna marzycielka, choć okrutna w wyrazie, gdy bestię uwalniała z klatki piersiowej, tętniła potrzebą bycia kochaną prawidłowo. Tym, czego Leander nigdy nie potrafił jej dać, zamykając się jedynie w trującej, obezwładniającej miłości, w której nie było niczego z tej idyllicznej poprawności.
Lubiła, gdy zaciskał jej dłonie na szyi, jednak zbyt późno dostrzegła, że jest faktycznie duszona. A dusiła się bez pomiaru w tej relacji, nie mogąc wyswobodzić się, miotając się w swojej własnej alkowie nieszczęścia i absolutnego absurdu. Teraz wiedziała, że to nie on miał uciekać; to ona powinna była odejść w porę.
W takich momentach na ogół, uświadamiała sobie, iż przecież jest mężatką i choć nie było to unormowane prawnie, wystawione właściwie na pożywkę mediów, uczczone stosowną uroczystością – czuła się już posiadana. O litości, ona wyszła za niego jeszcze będąc z Leandrem! Pijani w sztok, znaleźli szamana, który zechciał przyznać im mariaż, w jakiejś starej, cygańskiej przyczepie. Bogowie byli świadkiem przysięgi, która w jej umyśle jawiła się już jako nieodwołalna. Alexander Mulciber – wszystko i nic zarazem; miłość i nienawiść; burza i spokojny, letni poranek.
Severine była jej przyjaciółką. Tą, do której zawsze przychodziła, zraszając jej koszulę rzęsistym deszczem łez; nigdy nie posiadła świadomości, co ta faktycznie do niej czuję, że kocha ją nade wszystko, co można zaoferować, że Loretta krzywdzi ją bezwiednie, łkając przy niej za kolejnymi mężczyznami przewijającymi się przez kanwę życia.
Zasługiwała na bycie kochaną dokładnie w ten sposób, w który kochała ją Severine.
– Ta skichana papierośnica! – podniosła głos, mrużąc oczy. – Przy jednej z naszych kłótni, wyrzuciłam ją – był zły, a potem zaczął mówić o miłości do mnie, o dzieciach… Myślę, że on mnie kochał na swój własny, wypaczony sposób. Myślę, że inaczej nie potrafił. – Westchnęła solidnie, przymykając oczy, pozwalając opaść membranie powiek. – Nie powinnam rzucać kamieniem, bo sama nie byłam mu stuprocentowo wierna – tak w zasadzie, to wzięłam ślub będąc z nim w narzeczeństwie – ale na boga, mężatki? Przecież to obrzydliwe.
– Zemszczę się, Severine. Usłyszysz jeszcze o tym – dodała po chwili, przekłuwając gorzki smak łez i żalu w bezmierną rządzę krwi i zemsty. Coś w jej obliczu się zmieniło; rysy nabrały agresywnej drapieżności, a oczy – na ogół roziskrzone – zajęły się mętną zasłoną.
Umoczyła ponownie wargi w piekącym laudanum, opadając na obicie fotela – tak, jakby cała esencja życiowa została z niej wyzbyta. Gdyby tylko wiedziała, jak okrutnie ta ją kocha!