Talent to jedno, ćwiczenia to drugie. A Laurent ćwiczył. Chodził na lekcje śpiewu, bo... naprawdę kochał śpiewać. Jego głos mógł nieść ukojenie, choć prawdę mówiąc - zazwyczaj się zwyczajnie wstydził. Do występów potrzeba było jednak czegoś jeszcze. Każdy może wyjść na puste deski teatru i każdy będzie przeżywał to inaczej. Jeden odczuje podniecenie, drugiego zeżre strach. Stoisz dopiero przed pustą sceną. Co będzie, kiedy pojawią się widzowie? Niektórzy nie potrafią otworzyć buzi i powiedzieć paru mądrych słów czy zaśpiewać przed własną rodziną, więc jak tu mówić o widowniach? O tych obcych ludziach, o tych oczach wbitych tylko w ciebie, oczekujących, że spełnisz ich wysokie wymagania, że będziesz ich gwiazdą, że te pieniądze, które wydali przychodząc tutaj nie są monetami przetraconymi. Musisz być najlepszy i dać z siebie wszystko. Czy wtedy wystarczy? Jeśli tego nie pokochasz nie będziesz w stanie stanąć na wysokości zadania. Jakieś przetracenie i zwątpienie bardzo szybko oplecie ciało i ściągnie na dół, żeby zamiast mieszkać wśród róż to pałętać się wśród chwastów. Laurentowi brakowało przekonania tego, że jest wystarczająco dobry, żeby występować na scenie. Że mógłby naprawdę zachwycić tłumy i je porwać. Pewność siebie można zbudować, trzeba tylko mieć do tego odpowiednie warunki i silną wolę. Laurent był słaby. Rozmywał się w swoich podstawach. Scena? Ta, o której mógł marzyć? Niepewność była jednym z powodów, dla którego to było trudne. Przecież był za to szereg innych powodów, dla których wędrówka w tę stronę była zamknięta przed jego oczami.
- Tak? - Zagaił, spoglądając kątem na Philipa przez moment, nim wrócił spojrzeniem do karty. W zasadzie przesunął po niej spojrzeniem i zaraz odłożył, wracając do lekkiego dotykania palcami łydek, żeby rozmasować mięśnie. - Nie zastanawiałem się, kim chcę zostać. Kochałem istoty magiczne, w dodatku był rodzinny biznes... to przyszło naturalnie. - Na ile w tym było prawdy? Ano nie było kłamstwa. A prawda? Nie zastanawiał się nad tym kiedyś, to fakt. Czy musiał obrać tę ścieżkę kariery? Nie. Pandora miała zostać dziedzicem, ale on opętańczo chciał coś w tej rodzinie znaczyć. Chciał, żeby ojciec i macocha byli z niego dumni. - Cieszę się, że ci się podoba. - Nie musiał być sławnym śpiewakiem i chyba nie potrzebował tego, skoro mógł dzielić się tym głosem... na takich warunkach, na jakich chciał. Puścił, odciągnął palce od skóry i zgiął je. Albo na takich warunkach, w których wybór był iluzją. - Skorzystam. - Bardzo chętnie przyjął zmianę tematu. Nie chciał się zatrzymywać ani robić kroków w tył. To wszystko było nadal zbyt świeże i intensywne w emocjach i doznaniach. Tajski masaż zaś brzmiał... hm, jeśli był taki jak wszystko wokół - brzmiał odprężająco. - Chcesz mnie wymęczyć, żeby w końcu w spokoju gdzieś usiąść na kilka chwil dłużej i żebym cię nie ciągał przez cały kraj? - Zażartował delikatnie z propozycji dotyczącej treningu. - Bardzo chętnie się czegoś nauczę. - Chociaż Laurenta problem polegał po prostu na tym, że był słaby z samej budowy ciała. Co nie znaczyło, że nie dało się nad tym pracować. Lecz najpierw, rzeczywiście, należało zacząć od podstaw. Czyli od odżywiania się.
Z ciekawością przysłuchiwał się zamówieniu i nie miał tak na dobrą sprawę żadnych "ale" do tego, co Philip wybierał, ani co chciał żeby spróbował. Prawie nigdy nie miał - poza momentami, kiedy naprawdę mu nie przypasowało to, co słyszał - czyli coś, co miałoby być ostre, albo nadmiernie słodkie. To były rzeczy, których raczej unikał.
- Nie, nie, poproszę. - Przytaknął. Oczywiście, że tego nie zje, ale na biednego nie trafiło i przede wszystkim chciał spróbować. Po to tutaj przyjechał - by doświadczać, próbować, wydać te pieniądze, które skradł i które miały zacząć płynąć z jego pięknego snu - rezerwatu. Nie zamierzał sobie tutaj niczego żałować i to też było widać. Zazwyczaj Laurent był oszczędny do dziwnego niemal stopnia biorąc pod uwagę, jak obrzydliwie bogaty był ród Prewett. Podniósł się z krzesła, oddając jedną z kart kelnerce, która poszła złożyć ich zamówienie. - Zaraz wrócę. Przejdę się tylko na most. - Który w zasadzie było nawet stąd widać, więc nie, nie był to jakiś kawał. Zostawił nawet sandały przy leżaku i zaczął zapinać guziki koszuli, żeby zejść z powrotem na złocisty, miękki piasek.