29.10.2023, 23:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2025, 11:44 przez Lorraine Malfoy.)
Chociaż brzdęk galeonów był niewątpliwie odgłosem równie przyjemnym, co mruczenie kotków, przez te wszystkie lata Lorraine zbyt dobrze poznała naturalny ambience Nokturnu - składały się na niego deliryczne pokrzykiwania pijaków, nieprzyjemne chrupanie łamanych kości, i agonalne jęki ofiar przepastnej paszczy Nokturnu, wypluwanych potem przez Tamizę - chociaż już dawno przestały wybudzać ją w nocy, ba, traktowała je niemal jako upiorną kołysankę, wciąż miały zdolność przenikania do jej snów, mieszania się z wspomnieniami z przemocowego domu, zatruwania jej pewności siebie... Więc ten obrzydliwy wrzask - a raczej szept, taki ledwo słyszalny, ale równie natrętny, co bzyczenie komara - że "to się nie uda", siedział tam gdzieś, z tyłu umysłu wiły, i to wbrew wszelkiej logice... Oczywiście, kiedy nie grał tam walczyk czy tam inne tango. Gdyby tylko dało się to leczyć jak szumy uszne, ale niestety!!
Lorraine miała wrażenie, że gdyby nie wszystkie jej traumatyczne doświadczenia, byłaby bardziej nieustraszona aniżeli sam Godryk Gryffindor - czuła to, kiedy niepomna na ostre niczym wampirze kły groźby, oplatające się wokół jej łabędziej szyjki jak stryczek, potrafiła uśmiechnąć się słodko i dalej bezczelnie testować granice Sauriela, wbrew wyrokom zdrowego rozsądku... – ale życie nauczyło ją, czym jest strach. Dlatego tak długo się wahała - ale i dlatego ostatecznie zawyrokowała, że Rookwood i jego nieoczekiwany sojusz był jej tak potrzebny - Malfoy wiedziała, że on także ryzykował, że nie przyszedł tutaj bez własnych obaw: że skoro Lorraine jest taka dobra, więcej, skoro pracuje na własny rachunek, a nie pod stałą protekcją jakiegoś bossa z Podziemi, może zechcieć wykorzystać jego sprawę i przedłożyć swój interes ponad lojalność wobec klienta. Każdy, kto przychodził do Malfoyówny miał w końcu takie same rozterki, co i on, a za gwarancję pomyślnego wykonania powierzanego jej zadania służyła w końcu... tylko jej nienaganna reputacja - i jej słowo.
I choć Lorraine poważnie traktowała te przysięgi i wypełniała je co do joty, jeżeli tylko mogła, nie wahała się także wykorzystać przypadkowo zdobytych informacji jako swoistego zabezpieczenia; tak na wszelki wypadek, gdyby w jej misternie tkanej sieci zaplątał jakiś wyjątkowo nieustępliwy owad, którego szamotanie się zaburzało staranną konstrukcję pajęczycy. Jeżeli ona żartowała z tego, że wyrwie mu pazurki, jeżeli ją zdradzi, to on miał więc chyba prawo nastawać na ciągłość jej arterii szyjnych, poddając i jej lojalność pod wątpliwość? W szkole czasem grywali w czarodziejskie szachy, zachowując wyrównany bilans zwycięstw i porażek, podobnie jak i teraz. Ale teraz, oboje wydawali się zadowoleni z remisu, kiedy tak przesuwali się niczym bierki szachowe na planszy: on czarnymi, ona białymi; dwa pola do przodu, dwa pola do tyłu, w jakimś niekończącym się pacie; tylko że gra była bardziej ekscytująca niż kiedyś.
W gruncie rzeczy, tak bardzo zapamiętała się w ich przeklętej gierce, że wolałaby skończyć z rozpłatanym gardłem, niż usłyszeć, jak jej odmawia.
- To tylko moje ulubione perfumy – Tylko przewróciła oczami, kiedy zaczął oskarżać ją o konszachty z demonami, i węszyć siarkę tam, gdzie uprzednio planowała skropić się kocimiętką. Wygładziła swój głos, by tym razem nie załamał się od ciężaru tkwiących w niej emocji, i całą siłą swojej woli powstrzymała westchnienie ulgi, kiedy Sauriel przypieczętował ich współpracę, gładko przechodząc od frywolnych tańców do bardziej praktycznych spraw.
Wizja tego, co byłaby w stanie zrobić z Nokturnem przy pomocy Rookwooda stała się zbyt pociągająca, by teraz tak po prostu mogła ją odrzucić.
Chociaż nie przyjęła bez pewnego sceptycyzmu wylewnej, zakrawającej na poetycki pean na cześć mitologicznego herosa prezentacji bohaterskich wyczynów, krwawych pojedynków i połamanych nosów w wykonaniu charyzmatycznego Stanleya, dzięki wspomnieniom wydartym z umysłów innych ludzi mogła teraz przyznać, że mężczyźni jej zaimponowali. Widziała ich jednak w bardziej ambitnych rolach, aniżeli prostych sprzedawców lepów na ryj, widziała potencjał ich magicznych mocy; to, jak byli silni, pracując razem, to, jak zabójczo skuteczni mogli się okazać, gdyby dostarczyła im ciekawsze cele aniżeli sekciarza ze zdezelowanym mózgiem, który mówił limerykami...
Wystarczyło popatrzeć w czarne oczy Sauriela, żeby zaraz tkwiąca w nim otchłań puściła oczko, wystarczyło posłuchać popisów oratorskich Stanleya, który nadawałby się na politycznego agitatora ze swoją gadką. Myśli Lorraine wybiegały już dalej, w przyszłość; przeglądała w głowie szuflady z informacjami na temat lokalnych biznesmenów; myślała o tym, że musi dowiedzieć się więcej o tajemnej działalności Sauriela i wysępić od niego przynajmniej półprawdę o wszystkich jego grzeszkach w zamian za zakopane w jej umyśle sekrety; myślała o trzymanej w pogotowaniu butelce whisky, która ostatnio tak przypadła Stanisławowi do gustu, i którą trzymała tak na wszelki wypadek, aby wkupić się i w jego łaski, gdyby zdecydował się kiedyś wpaść; myślała o diablikowym uśmiechu Maeve, i o tym, że może wreszcie przejąć interes Siergieja, handlującego nędzną podróbką heroiny, i zagwarantować sobie także i jej wdzięczność czymś więcej poza leniwymi pocałunkami na wnętrzu jej ud. Jeżeli Sauriel chciał pograć na splotach jej pajęczyny jak kot, który przemyka po klawiszach pianina, Lorraine była gotowa uczynić z tego grę na cztery ręce.
- Nie zostaję tutaj - przerwała mu, z zainteresowaniem pochylając się nad mapą Nokturnu i chciwie chłonąc informacje o tym, gdzie, co i jak, i na czym Czarny Kot już zdążył odcisnąć ślad swojej łapki. Nie miała wystarczająco wiele czasu, by dokładnie zgłębić tajniki jego działalności, wszystkie jego sympatie i nienawiści, więc słuchała niezwykle uważnie, okazjonalnie rzucając w jego stronę jakimś pytaniem, żeby upewnić się, czy mówią o tych samych osobach czy miejscach. W końcu Nokturn był niczym labirynt, fraktal w popsutym kalejdoskopie, gdzie nigdy nie można było być niczego do końca pewnym. - Byłam tu i tak zbyt długo. A co do walki o teren... Mam już pewien pomysł. Zobaczysz. - Hieroglifowy uśmiech nie schodził z jej twarzy, także wtedy, kiedy wręczała mu teczkę z najważniejszymi informacjami.
Lorraine doskonale zdawała sobie sprawę, że informacje, które zdobyła dla Sauriela przekreślą nie tylko błyskotliwą karierę Elddira, ale i przyniosą kres jego marnej egzystencji.
Czuła rozbawienie, kiedy myślała, że najciekawszą z zagadek Pana Zagadki, tą, której prawdziwej puenty nigdy nie usłyszą jego wierni pomagierzy, będzie jego własna śmierć; czuła dumę, z tego, że to ona stała za tym znakiem zapytania, który miał wybrzmiewać w kręgach Nokturnu, jak tylko Sauriel wykona swoją robotę; czuła... Satysfakcję. Prawie tak, jakby to ona wydała wyrok. Starała się nie patrzeć w oczy Rookwooda, żeby nie zaczął znowu przypadkiem rościć sobie praw do jej słodkiej szyjki!!, bo czuła, że w jej spojrzeniu płonie ogień, że jest trochę pijana od samej myśli o tym, że jej delikatne kobiece rączki pośrednio złamią kark tak potężnej postaci sceny Nokturnu, jaką był Tom Elddir, pijana od tej iluzji władzy i przyszłej wielkości.
Na Nokturnie na razie jest ściernisko, ale będzie... Królestwo. Tak.
Pożegnała się z Saurielem ostatnim wyzywającym uniesieniem brwi i słodko życzyła mu "Powodzenia". Tak jakby było mu potrzebne. Kot w końcu zawsze spada na cztery łapy.
Zacisnęła dłoń na amulecie, który przysłała jej Sarah Macmillan i poszła pomodlić się o pomyślność dla wszystkich jej przyszłych zamierzeń.
Lorraine miała wrażenie, że gdyby nie wszystkie jej traumatyczne doświadczenia, byłaby bardziej nieustraszona aniżeli sam Godryk Gryffindor - czuła to, kiedy niepomna na ostre niczym wampirze kły groźby, oplatające się wokół jej łabędziej szyjki jak stryczek, potrafiła uśmiechnąć się słodko i dalej bezczelnie testować granice Sauriela, wbrew wyrokom zdrowego rozsądku... – ale życie nauczyło ją, czym jest strach. Dlatego tak długo się wahała - ale i dlatego ostatecznie zawyrokowała, że Rookwood i jego nieoczekiwany sojusz był jej tak potrzebny - Malfoy wiedziała, że on także ryzykował, że nie przyszedł tutaj bez własnych obaw: że skoro Lorraine jest taka dobra, więcej, skoro pracuje na własny rachunek, a nie pod stałą protekcją jakiegoś bossa z Podziemi, może zechcieć wykorzystać jego sprawę i przedłożyć swój interes ponad lojalność wobec klienta. Każdy, kto przychodził do Malfoyówny miał w końcu takie same rozterki, co i on, a za gwarancję pomyślnego wykonania powierzanego jej zadania służyła w końcu... tylko jej nienaganna reputacja - i jej słowo.
I choć Lorraine poważnie traktowała te przysięgi i wypełniała je co do joty, jeżeli tylko mogła, nie wahała się także wykorzystać przypadkowo zdobytych informacji jako swoistego zabezpieczenia; tak na wszelki wypadek, gdyby w jej misternie tkanej sieci zaplątał jakiś wyjątkowo nieustępliwy owad, którego szamotanie się zaburzało staranną konstrukcję pajęczycy. Jeżeli ona żartowała z tego, że wyrwie mu pazurki, jeżeli ją zdradzi, to on miał więc chyba prawo nastawać na ciągłość jej arterii szyjnych, poddając i jej lojalność pod wątpliwość? W szkole czasem grywali w czarodziejskie szachy, zachowując wyrównany bilans zwycięstw i porażek, podobnie jak i teraz. Ale teraz, oboje wydawali się zadowoleni z remisu, kiedy tak przesuwali się niczym bierki szachowe na planszy: on czarnymi, ona białymi; dwa pola do przodu, dwa pola do tyłu, w jakimś niekończącym się pacie; tylko że gra była bardziej ekscytująca niż kiedyś.
W gruncie rzeczy, tak bardzo zapamiętała się w ich przeklętej gierce, że wolałaby skończyć z rozpłatanym gardłem, niż usłyszeć, jak jej odmawia.
- To tylko moje ulubione perfumy – Tylko przewróciła oczami, kiedy zaczął oskarżać ją o konszachty z demonami, i węszyć siarkę tam, gdzie uprzednio planowała skropić się kocimiętką. Wygładziła swój głos, by tym razem nie załamał się od ciężaru tkwiących w niej emocji, i całą siłą swojej woli powstrzymała westchnienie ulgi, kiedy Sauriel przypieczętował ich współpracę, gładko przechodząc od frywolnych tańców do bardziej praktycznych spraw.
Wizja tego, co byłaby w stanie zrobić z Nokturnem przy pomocy Rookwooda stała się zbyt pociągająca, by teraz tak po prostu mogła ją odrzucić.
Chociaż nie przyjęła bez pewnego sceptycyzmu wylewnej, zakrawającej na poetycki pean na cześć mitologicznego herosa prezentacji bohaterskich wyczynów, krwawych pojedynków i połamanych nosów w wykonaniu charyzmatycznego Stanleya, dzięki wspomnieniom wydartym z umysłów innych ludzi mogła teraz przyznać, że mężczyźni jej zaimponowali. Widziała ich jednak w bardziej ambitnych rolach, aniżeli prostych sprzedawców lepów na ryj, widziała potencjał ich magicznych mocy; to, jak byli silni, pracując razem, to, jak zabójczo skuteczni mogli się okazać, gdyby dostarczyła im ciekawsze cele aniżeli sekciarza ze zdezelowanym mózgiem, który mówił limerykami...
Wystarczyło popatrzeć w czarne oczy Sauriela, żeby zaraz tkwiąca w nim otchłań puściła oczko, wystarczyło posłuchać popisów oratorskich Stanleya, który nadawałby się na politycznego agitatora ze swoją gadką. Myśli Lorraine wybiegały już dalej, w przyszłość; przeglądała w głowie szuflady z informacjami na temat lokalnych biznesmenów; myślała o tym, że musi dowiedzieć się więcej o tajemnej działalności Sauriela i wysępić od niego przynajmniej półprawdę o wszystkich jego grzeszkach w zamian za zakopane w jej umyśle sekrety; myślała o trzymanej w pogotowaniu butelce whisky, która ostatnio tak przypadła Stanisławowi do gustu, i którą trzymała tak na wszelki wypadek, aby wkupić się i w jego łaski, gdyby zdecydował się kiedyś wpaść; myślała o diablikowym uśmiechu Maeve, i o tym, że może wreszcie przejąć interes Siergieja, handlującego nędzną podróbką heroiny, i zagwarantować sobie także i jej wdzięczność czymś więcej poza leniwymi pocałunkami na wnętrzu jej ud. Jeżeli Sauriel chciał pograć na splotach jej pajęczyny jak kot, który przemyka po klawiszach pianina, Lorraine była gotowa uczynić z tego grę na cztery ręce.
- Nie zostaję tutaj - przerwała mu, z zainteresowaniem pochylając się nad mapą Nokturnu i chciwie chłonąc informacje o tym, gdzie, co i jak, i na czym Czarny Kot już zdążył odcisnąć ślad swojej łapki. Nie miała wystarczająco wiele czasu, by dokładnie zgłębić tajniki jego działalności, wszystkie jego sympatie i nienawiści, więc słuchała niezwykle uważnie, okazjonalnie rzucając w jego stronę jakimś pytaniem, żeby upewnić się, czy mówią o tych samych osobach czy miejscach. W końcu Nokturn był niczym labirynt, fraktal w popsutym kalejdoskopie, gdzie nigdy nie można było być niczego do końca pewnym. - Byłam tu i tak zbyt długo. A co do walki o teren... Mam już pewien pomysł. Zobaczysz. - Hieroglifowy uśmiech nie schodził z jej twarzy, także wtedy, kiedy wręczała mu teczkę z najważniejszymi informacjami.
Lorraine doskonale zdawała sobie sprawę, że informacje, które zdobyła dla Sauriela przekreślą nie tylko błyskotliwą karierę Elddira, ale i przyniosą kres jego marnej egzystencji.
Czuła rozbawienie, kiedy myślała, że najciekawszą z zagadek Pana Zagadki, tą, której prawdziwej puenty nigdy nie usłyszą jego wierni pomagierzy, będzie jego własna śmierć; czuła dumę, z tego, że to ona stała za tym znakiem zapytania, który miał wybrzmiewać w kręgach Nokturnu, jak tylko Sauriel wykona swoją robotę; czuła... Satysfakcję. Prawie tak, jakby to ona wydała wyrok. Starała się nie patrzeć w oczy Rookwooda, żeby nie zaczął znowu przypadkiem rościć sobie praw do jej słodkiej szyjki!!, bo czuła, że w jej spojrzeniu płonie ogień, że jest trochę pijana od samej myśli o tym, że jej delikatne kobiece rączki pośrednio złamią kark tak potężnej postaci sceny Nokturnu, jaką był Tom Elddir, pijana od tej iluzji władzy i przyszłej wielkości.
Na Nokturnie na razie jest ściernisko, ale będzie... Królestwo. Tak.
Pożegnała się z Saurielem ostatnim wyzywającym uniesieniem brwi i słodko życzyła mu "Powodzenia". Tak jakby było mu potrzebne. Kot w końcu zawsze spada na cztery łapy.
Zacisnęła dłoń na amulecie, który przysłała jej Sarah Macmillan i poszła pomodlić się o pomyślność dla wszystkich jej przyszłych zamierzeń.
Koniec sesji