30.10.2023, 00:02 ✶
Czuł się tak samo bezradny jak wtedy, gdy przed kilkoma tygodniami stał w czasie sztormu na pokładzie statku płynącego z Nowego Jorku do Belfastu.
Błękity i granaty, chabry, kobalty, szafiry, szarości oraz srebrności zlały się w jedność i zastąpił je przestwór lodowatego morza. Nieprzystępnej, lodowatej toni pragnącej pochwycić go w swe szpony i złożyć na swym dnie, na złocistym piasku, który nie wie, że jest złocisty, bowiem nigdy nie widział słońca, które czule rozjaśniłoby jego oblicze. Znał tylko ciemność, nieprzenikniona czerń, niezbadana w swej obojętności. Pragnął się jej poddać, zanurzyć w tych odmętach i nim położy się na dnie, powiedzieć piasku, że ma kolor pól pszenicy, chociaż wiedział, że woda jest kapryśną i zdradliwą sojuszniczką, która prędko zwraca to, co wcześniej zawłaszczyła; blade i nabrzmiałe, owinięte całunem wodorostów.
Wszyscy schronili się w ciepłych kajutach i wydawało mu się, że został sam, a przed sobą miał wzburzoną wodę, rozsierdzony żywioł, który atakował ze wszystkich stron wściekle wysokimi falami, wlewającymi się za burtę i uderzające z siłą powodującą ból podobny do smagnięcia biczem, gdy natrafiały na skórę. Zdawało mu się, że okręt nie przetrwa szkwału; mocny grzywacz uderzył prosto w rufę, a Laurence wspiął się na burtę, by do niego dołączyć. Zanim jednak ciało zanurzyło się w odmętach zapienionego morza, czyjaś dłoń chwyciła go za ramię i powstrzymała przed upadkiem, ale nie była w stanie wyswobodzić Selwyna z objęć delirycznego transu. Spojrzał na swojego wybawcę, lecz nie widział w nim przypadkowego marynarza, który pośpieszył mu z pomocą, lecz Garricka Ollivandera, wyciągającego do niego rękę w ostatniej chwili, ratującego go przed agonią w głębinach. Nie umiem pływać, wychrypiał wtedy rozpaczliwie, a kościste palce desperacko chwyciły poły marynarki nieznajomego. Nie umiem pływać, nikt nigdy mnie nie nauczył.
A teraz stał na lądzie, w znanym mu sklepie z różdżkami, w którym jedynym zmieniającym się elementem była ilość siwych włosów właściciela i obserwował jak uśmiech na twarzy mężczyzny gaśnie, kiedy dociera do niego, z kim ma do czynienia, jak niepewność wlewa się na jego licu. Chciał odwrócić się i wyjść, znów wyjechać i nigdy więcej nie pojawiać się w życiu Ollivandera, lecz wtedy z jego ust padło to jedno słowo, które sprawiło, że postanowił zaryzykować i zostać.
Laurie.
Dla świata był Laurencem, dla bliskich Larrym, lecz tylko Garrick zdrabniał jego imię w ten sposób, nadawał mu nieznanej dotąd miękkości i eteryczności, którą zdawał się wypłukać ze swego jestestwa wraz z kolejną butelką wina. Podczas długich miesięcy spędzonych w szpitalu psychiatrycznym wpatrywał się w biały sufit i rozmyślał o tym, jak mogłoby wyglądać ich ponownie spotkanie. Układał w głowie scenariusze i wymyślał błyskotliwą odpowiedź na każdą ewentualność; wyobrażał sobie, że przekuwa całą sytuację w żart, a później jest jak dawniej.
Lecz życie nie było wyreżyserowaną sceną, którą w razie niepowodzenia może powtórzyć, a Laurence, jak na złość zapomniał tekstu. Wpatrywał się w niego, nie wiedząc, jak powinien się zachować, błądził wzrokiem po sylwetce Ollivandera i sklepie, którego każdy centymetr wyrył się głęboko w jego wspomnieniach. To nie tak, że nie chciał patrzeć Garrickowi w oczy, naprawdę próbował, jednak nie był w stanie wytrzymać dłużej niż ułamek sekundy; Selwyn od środka palił się ze wstydu — za swoje zachowanie, za to, że nie odpisał na żaden z listów Garricka, za to, jak wyglądał oraz okropny bałagan, jaki panował w jego życiu.
— Przepraszam — wyszeptał, niemalże bezgłośnie.
Błękity i granaty, chabry, kobalty, szafiry, szarości oraz srebrności zlały się w jedność i zastąpił je przestwór lodowatego morza. Nieprzystępnej, lodowatej toni pragnącej pochwycić go w swe szpony i złożyć na swym dnie, na złocistym piasku, który nie wie, że jest złocisty, bowiem nigdy nie widział słońca, które czule rozjaśniłoby jego oblicze. Znał tylko ciemność, nieprzenikniona czerń, niezbadana w swej obojętności. Pragnął się jej poddać, zanurzyć w tych odmętach i nim położy się na dnie, powiedzieć piasku, że ma kolor pól pszenicy, chociaż wiedział, że woda jest kapryśną i zdradliwą sojuszniczką, która prędko zwraca to, co wcześniej zawłaszczyła; blade i nabrzmiałe, owinięte całunem wodorostów.
Wszyscy schronili się w ciepłych kajutach i wydawało mu się, że został sam, a przed sobą miał wzburzoną wodę, rozsierdzony żywioł, który atakował ze wszystkich stron wściekle wysokimi falami, wlewającymi się za burtę i uderzające z siłą powodującą ból podobny do smagnięcia biczem, gdy natrafiały na skórę. Zdawało mu się, że okręt nie przetrwa szkwału; mocny grzywacz uderzył prosto w rufę, a Laurence wspiął się na burtę, by do niego dołączyć. Zanim jednak ciało zanurzyło się w odmętach zapienionego morza, czyjaś dłoń chwyciła go za ramię i powstrzymała przed upadkiem, ale nie była w stanie wyswobodzić Selwyna z objęć delirycznego transu. Spojrzał na swojego wybawcę, lecz nie widział w nim przypadkowego marynarza, który pośpieszył mu z pomocą, lecz Garricka Ollivandera, wyciągającego do niego rękę w ostatniej chwili, ratującego go przed agonią w głębinach. Nie umiem pływać, wychrypiał wtedy rozpaczliwie, a kościste palce desperacko chwyciły poły marynarki nieznajomego. Nie umiem pływać, nikt nigdy mnie nie nauczył.
A teraz stał na lądzie, w znanym mu sklepie z różdżkami, w którym jedynym zmieniającym się elementem była ilość siwych włosów właściciela i obserwował jak uśmiech na twarzy mężczyzny gaśnie, kiedy dociera do niego, z kim ma do czynienia, jak niepewność wlewa się na jego licu. Chciał odwrócić się i wyjść, znów wyjechać i nigdy więcej nie pojawiać się w życiu Ollivandera, lecz wtedy z jego ust padło to jedno słowo, które sprawiło, że postanowił zaryzykować i zostać.
Laurie.
Dla świata był Laurencem, dla bliskich Larrym, lecz tylko Garrick zdrabniał jego imię w ten sposób, nadawał mu nieznanej dotąd miękkości i eteryczności, którą zdawał się wypłukać ze swego jestestwa wraz z kolejną butelką wina. Podczas długich miesięcy spędzonych w szpitalu psychiatrycznym wpatrywał się w biały sufit i rozmyślał o tym, jak mogłoby wyglądać ich ponownie spotkanie. Układał w głowie scenariusze i wymyślał błyskotliwą odpowiedź na każdą ewentualność; wyobrażał sobie, że przekuwa całą sytuację w żart, a później jest jak dawniej.
Lecz życie nie było wyreżyserowaną sceną, którą w razie niepowodzenia może powtórzyć, a Laurence, jak na złość zapomniał tekstu. Wpatrywał się w niego, nie wiedząc, jak powinien się zachować, błądził wzrokiem po sylwetce Ollivandera i sklepie, którego każdy centymetr wyrył się głęboko w jego wspomnieniach. To nie tak, że nie chciał patrzeć Garrickowi w oczy, naprawdę próbował, jednak nie był w stanie wytrzymać dłużej niż ułamek sekundy; Selwyn od środka palił się ze wstydu — za swoje zachowanie, za to, że nie odpisał na żaden z listów Garricka, za to, jak wyglądał oraz okropny bałagan, jaki panował w jego życiu.
— Przepraszam — wyszeptał, niemalże bezgłośnie.
the others say
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat
that i’m just good enough to cut the cats’ throats
but i never killed a cat