30.10.2023, 02:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2023, 02:28 przez Norvel Twonk.)
Laurent, Stanley, Anthony
Zaklęcie splecione przez Laurenta zadziałało i nie zadziałało jednocześnie. Tak. Udało mu się zamienić jedną z pereł w magnes i rzeczywiście zaczęła ona nieśmiało przyciągać kilkanaście najbliżej niej znajdujących się, ale działo się to powoli, niemożliwie powoli. W dodatku w uszach Prewetta pojawił się nieprzyjemny, metaliczny pisk. Perły nie chciały znowu być naszyjnikiem. Nie chciały zostać spętane. Nie chciały znowu być całością, choć nadal i bez bycia całością – każda z nich pozostawała magiczna i każda z nich nosiła w sobie znamię czegoś potężnego.
Nieruchomy, na wpół przemieniony w obscurusa podrostek pozostał tak samo nieporuszony na zalewającą go wodę jak był wcześniej, gdy Anthony próbował do niego przemawiać. Może, po prostu, pewnej magii nie dało się złamać?
Jak się miało okazać, to nie woda była najżmudniejszym z przeciwników, z którymi przyszło im się teraz mierzyć. Nie był nim nawet żywy trup – wabiony krwią Laurenta (został z tyłu i chociaż głodny i pragnący ich pożreć, odepchnięty przez zaklęcie Stanleya, zmuszony był ich raczej gonić i samodzielnie także walczyć z napływającą wodą niż atakować). Początkowo, gdy ewakuowali się z ładowni, po prostu brodzili, kierując się korytarzem w stronę schodów prowadzących na piętro. Tak, było im trudno, bo wody było coraz więcej i stawiała opór, ale nie sięgała jeszcze ich pasów, ramion, szyj i głów. Gdy udało im się dostać na schody, usłyszeli trzask dochodzący z ładowni, jakby coś złamało się wpół.
Ale, mniej więcej w tym samym momencie poczuli słabą woń dymu. Jeszcze nie zatykał im płuc. Nie widzieli też nigdzie płomieni, ale gdzieś wyżej z pewnością coś płonęło. W ładowni była woda. Na górze coś płonęło. A oni tkwili w środku, między tymi dwoma żywiołami.
Kiedy wreszcie dostali się na piętro, na które dostali się po schodach z atrium, dym był już dobrze wyczuwalny. Stanley usłyszał charakterystyczny odgłos szurania po podłodze. Przed nimi korytarzem, zwabiony dźwiękami, które wydawali szedł kolejny żywy trup. Już go wcześniej poznali, gdy schodzili niżej, najwidoczniej tamta magia już nie działała a on znowu pozostawał wolny. Wolny i żarłoczny.
Całą trójką słyszeli dźwięki toczącej się wyżej walki. Słyszeli również, że w jednej z kajut – z której docierało do nich najwięcej dymu, ktoś (albo coś?) również zachowywało się dość głośno.
Erik
Wspinanie nie było aż tak proste, jak byłoby w innej sytuacji. Zazwyczaj Erik był młodym i wysportowanym mężczyzną, dla którego wspięcie po starych pryczach a potem wyjście przez dziurę, nie powinno stanowić wielkiego problemu. Ale teraz był młodym, poobijanym mężczyzną, który – najprawdopodobniej – miał złamaną rękę. Ta rwała boleśnie, gdy tylko próbował nią złapać za metalową poręcz, a gdy próbował zacisnąć nią palce ból tylko ulegał zwiększeniu.
Tak. Udało mu się wspiąć na pryczę, tylko dzięki swojej sprawności fizycznej udało mu się aż tyle, ale zajęło to więcej czasu niż mógłby przypuszczać. W dodatku z góry dolatywał go coraz mocniejszy swąd dymu (aż chciało mu się kaszleć), słyszał odgłosy toczącej się walki a gdy podnosił głowę, widział jak w górnej części atrium płomienie ognia lizały sufit. Mógł dalej próbować przedostać się przez dziurę, ale gdy zaczął się podnosić, poczuł... poczuł krople czegoś śliskiego na swojej szyi i ramionach. Nie było tego dużo, może dlatego że spływało powoli, ale wystarczyło by Erik dotknął tej substancji a bez wątpienia mógł rozpoznać, że to była… oliwa.
Tura trwa do 1.11.2023 roku do godziny 21.00
Stanleyu, Anthony, Laurencie - jeśli zajrzycie do kajuty, zobaczycie tam znajdującego się na pryczy Erika. Zobaczycie też dziurę w suficie, dym, usłyszycie jeszcze wyraźniej dźwięki walki i nawet - jakbyście podeszli do niego - ogień.