30.10.2023, 08:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2023, 08:24 przez Florence Bulstrode.)
Ujęła dłoń Laurenta, a drugą ręką sięgnęła po różdżkę, by użyć zaklęcia, które ułatwi mu oddychanie.
- Zawsze pojawiam się, kiedy mam ku temu dobre powody – powiedziała chłodno, nie oglądając się na Edwarda.
Kolejne słowa, te o rozczarowaniu, rozbrzmiały w jej głowie jeszcze nim Edward je wypowiedział. I Florence znów poruszyła różdżką, ponownie przed młodym Prewettem, by na moment dla odmiany zagęścić na moment powietrze przy jego uszach. By nie dotarł do niego ten jad, wylewający się z ust ojca.
Musiał pewnego dnia stawić mu czoła, ale to nie mógł być ten dzień. Nie wymagasz od kogoś, kto ma złamaną nogę, aby szybko się pozbierał i wziął udział w maratonie.
Florence bała się wielu rzeczy.
Bała się śmierci tych pacjentów, których mogłaby uratować. Bała się, że pewnego dnia na progu kamienicy przy Horyzontalnej stanie Harper Moody i poinformuje ją o śmierci braci. Bała się, że przeczyta w gazecie o tym, że Patrick Steward zginął z ręki śmierciożercy.
Nie bała się jednak Edwarda Prewetta.
Nie miała w sobie tej odrobiny miękkości, jaka kryła się w Laurencie i Pandorze. Nie miała i potrzeby akceptacji, jaką oni w sobie nieśli. Nie łaknęła ani szacunku, ani uznania, ani miłości Edwarda - bo jeśli on nie dostrzegał, że na nie zasługiwała, nie był wart choćby jednej myśli. Pod tym względem może wdała się w Prewettów, dziadka, a tym samym i Edwarda bardziej niż jego dzieci, bo jedyne uznanie, na którym jej zależało... to jej własne. Nie dbała o jego pieniądze, nie obchodziło ją, czy zostanie wypalona z drzewa genealogicznego Prewettów - wszak i tak nosiła inna nazwisko, a gdyby i Bulstrodowie próbowali nagiąć ją do swojej woli, sama spopieliła prędzej cały rodzinny gobelin niż uległa - a przy próbie zamknięcia w wieży pięć minut później składałaby doniesienie w sprawie porwania i przetrzymywania.
Nie potrzebowała zabiegać o nic, co Edward mógłby jej zaoferować. I może dlatego to niepozorna, cicha uzdrowicielka była tą bodaj jedyną w rodzinie indywidualistów i utalentowanych jednostek, która nie wahała się przed ścieraniem z głową rodu choćby przez sekundę.
- O rozczarowaniu, stawaniu na wysokości zadania i retoryce, bardzo chętnie podyskutuję z tobą za moment, Edwardzie. Kiedy już upewnię się, że twój syn nie umrze na tej podłodze przez uduszenie - zapewniła, wciąż tym samym zimnym tonem, a potem zwolniła zaklęcie wyciszające i pochyliła się nad Laurentem. - Mój drogi, co dzieje się, gdy feniks umiera? - zapytała, tym razem bardzo spokojnie. Jedna z technik radzenia sobie z atakami paniki - próba skierowania myśli na konkretny tor, zmuszenia do skupienia się na czymś innym niż bodziec, jaki je wywoływał. Chociaż obawiała się, że stan Prewetta mógł być już na to zbyt poważny.
Przeklęty, przeklęty Edward.
Jasnowidzenie
- Zawsze pojawiam się, kiedy mam ku temu dobre powody – powiedziała chłodno, nie oglądając się na Edwarda.
Kolejne słowa, te o rozczarowaniu, rozbrzmiały w jej głowie jeszcze nim Edward je wypowiedział. I Florence znów poruszyła różdżką, ponownie przed młodym Prewettem, by na moment dla odmiany zagęścić na moment powietrze przy jego uszach. By nie dotarł do niego ten jad, wylewający się z ust ojca.
Musiał pewnego dnia stawić mu czoła, ale to nie mógł być ten dzień. Nie wymagasz od kogoś, kto ma złamaną nogę, aby szybko się pozbierał i wziął udział w maratonie.
Florence bała się wielu rzeczy.
Bała się śmierci tych pacjentów, których mogłaby uratować. Bała się, że pewnego dnia na progu kamienicy przy Horyzontalnej stanie Harper Moody i poinformuje ją o śmierci braci. Bała się, że przeczyta w gazecie o tym, że Patrick Steward zginął z ręki śmierciożercy.
Nie bała się jednak Edwarda Prewetta.
Nie miała w sobie tej odrobiny miękkości, jaka kryła się w Laurencie i Pandorze. Nie miała i potrzeby akceptacji, jaką oni w sobie nieśli. Nie łaknęła ani szacunku, ani uznania, ani miłości Edwarda - bo jeśli on nie dostrzegał, że na nie zasługiwała, nie był wart choćby jednej myśli. Pod tym względem może wdała się w Prewettów, dziadka, a tym samym i Edwarda bardziej niż jego dzieci, bo jedyne uznanie, na którym jej zależało... to jej własne. Nie dbała o jego pieniądze, nie obchodziło ją, czy zostanie wypalona z drzewa genealogicznego Prewettów - wszak i tak nosiła inna nazwisko, a gdyby i Bulstrodowie próbowali nagiąć ją do swojej woli, sama spopieliła prędzej cały rodzinny gobelin niż uległa - a przy próbie zamknięcia w wieży pięć minut później składałaby doniesienie w sprawie porwania i przetrzymywania.
Nie potrzebowała zabiegać o nic, co Edward mógłby jej zaoferować. I może dlatego to niepozorna, cicha uzdrowicielka była tą bodaj jedyną w rodzinie indywidualistów i utalentowanych jednostek, która nie wahała się przed ścieraniem z głową rodu choćby przez sekundę.
- O rozczarowaniu, stawaniu na wysokości zadania i retoryce, bardzo chętnie podyskutuję z tobą za moment, Edwardzie. Kiedy już upewnię się, że twój syn nie umrze na tej podłodze przez uduszenie - zapewniła, wciąż tym samym zimnym tonem, a potem zwolniła zaklęcie wyciszające i pochyliła się nad Laurentem. - Mój drogi, co dzieje się, gdy feniks umiera? - zapytała, tym razem bardzo spokojnie. Jedna z technik radzenia sobie z atakami paniki - próba skierowania myśli na konkretny tor, zmuszenia do skupienia się na czymś innym niż bodziec, jaki je wywoływał. Chociaż obawiała się, że stan Prewetta mógł być już na to zbyt poważny.
Przeklęty, przeklęty Edward.
Jasnowidzenie
Rzut Z 1d100 - 10
Akcja nieudana
Akcja nieudana