Nabrał głębokiego tchu.
W końcu powietrze dostało się do jego płuc i rozlało po jego wnętrzu. Tlen. Bezcenny do funkcjonowania tlen. Nie zauważył tego momentu, w którym świat się wyciszył i w którym Florence zwróciła się do jej ojca, przegapił, kiedy usta Edwarda otworzyły się ponownie, nie dotarło do niego, że znów wszystko mogłoby podryfować mocniej na dno, docisnąć do podłogi. Nawet nie jak pięknego motyla pinezkami do tablicy, gdzie miał przygotowane miejsce. Jego miejsce było tutaj, na zimnej posadzce, pod drzwiami, w których teraz nie miał oparcia, więc w zasadzie to prawie leżał na tej podłodze, podpierając się jedną mdlejącą ręką. Brał te oddechy żarłocznie, głęboko, kiedy zaklęcie sprawiło... cokolwiek sprawiło - naprawiło problem. Przynajmniej część problemu.
Florence zasłoniła część jego świata. Przysłoniła część widoku na pokój, Edwarda, przysłoniła słuch. Zadbała o to, żeby odbiór bodźców był ograniczony. Potrzebował tego. Małego, ciasnego kąta, gdzie już nie będzie wbijanych w jego ciało gwoździ, gdzie nie będzie twardego, ostrego spojrzenia przeszywającego go na wskroś. Gdzie umkną oceny. Przy uldze, jaką przyniósł dostęp do tlenu jakoś nawet umknęło mu to wyciszenie. Serce kołatało się w bolącej piersi, gorące uderzenia zaczęły ustępować chłodowi, a chociaż nie potrafił skupić myśli to w jego głowie grzmiało. W końcu ten dziwny stan ustąpił chwili, w której został o coś zapytany i dźwięki wróciły.
Uparte utrzymywanie się nad ziemią, żeby nie położyć się na niej jak zupełny przegrany, godny pożałowania syn Edwarda Prewetta teraz było już odruchem, a nie celowym działaniem. Uniósł twarz na Florence, oddychając ciągle głęboko, wykończony walką z własnym ciałem, ale jego oczy nie mogły się skupić się w jednym miejscu, tylko na niej samej. Przetaczały się po pomieszczeniu jakby młody blondyn był pijany. Pytania, pytania... co się dzieje, czy robię ci krzywdę, czemu myślisz, że jesteś gorszy od Pandory? Zawód, poniżenie i rozczarowanie. I co jeszcze, co jeszcze..? Feniksy? Feniks. Fuego. Spopielające się stworzenie, które ożywa, według wielu nieśmiertelne, bo nikt jeszcze nie zapisał udokumentowanej śmierci tego ptaka. Czy miał teraz wyjść naprzeciw oczekiwaniom i się podnieść? Jak ten feniks? Nie chciał umierać. Tak bardzo przerażała go ta myśl, że zwrócenie się o pomoc do Florence było zupełnie instynktownym odruchem.
- F...f... niks... - Spokojnie. Niektóre słowa bardzo niewiele kosztowały. Że wszystko będzie dobrze, że nie masz się czym martwić, że nie ma potrzeby się bać. Jesteś bezpieczny. - F-feniksy? - Powtórzył, chociaż w tym powtórzeniu nie do końca było zrozumienie. Przynajmniej był w stanie wykrztusić z siebie jakieś słowo. Mogąc oddychać jednak nie uniósł się wyżej, żeby wyprostować się z godnością. Położył się całkowicie na tej ziemi i zwinął, chowając twarz w jednej ręce, drugą napinając w dłoni Florence. - P-p-przepra-aszam... - Nie, kontakt z selkie zdecydowanie nie był teraz prosty. Gdy feniks umiera, gdy feniks umiera.... Próbował się na tym skupić, ale myśli mu się rozpływały i nie potrafił się zmusić do współpracy. Co jeśli powie coś źle? Coś nie tak? Za mało? Za dużo? Czy musiał odpowiadać? Nie chciał odpowiadać. Chciał wtopić się w podłogę - i zniknąć. Cofnął ręce i zasłonił dłońmi uszy, zacisnął powieki. - S-s...p-pala-ają się... - I odradzają na nowo z popiołów, wyglądając prześmiesznie i bezbronnie w swojej malutkiej, nieupierzonej formie.