Bzzz, bzzzz, bzzz... Jej słowa wciąż bzyczały, wwiercając mu się w głowę i zmuszając do myślenia, kwestionowania, bronienia swoich przekonań, z którymi przecież było mu tak wygodnie. Kochał siostrę, na swój własny i zdecydowanie pokręcony sposób, ale nie uważał, żeby wiedziała co dla niej jest najlepsze. Nie był przyzwyczajony do tego, że zamiast małej, cichej Sarah, siedziała przed nim kobieta, która wie czego chce, a przynajmniej potrafi głośno wyrazić swoją niepochlebną opinię na jego temat.
Tym razem kiedy mówiła milczał, nie przerywając jej wywodów, przyjmując jej słowa i czekając aż je z siebie wyrzuci. Ona mogła mówić, a on mógł wyobrażać sobie, że każde z wypowiedzianych przez nią zdań zamienia się jadowitego węża i spada na biurko między nimi, wściekłe i oskarżycielskie.
Gdybym chciała wywołać nad tobą burzę, z'obiłabym to i bez jej wstawiennictwa. Plask, żmija.
I naplawdę, szczerze wierzę w to, że mimo tego, co pleciesz, da się ciebie ulatować... Plask, kobra.
Jesteś obrzydliwy. Plask, grzechotnik.
Z każdym kolejnym wężem, jego szczęki zaciskały się mocniej, a wściekłość wzbierała w jego piersi niczym fala przypływu. Przecież próbował ją chronić, ocalić i oszczędzić jej uczestnictwa w tej całej jatce, która miała niedługo się rozegrać. Chciał odsunąć ją jak najdalej od świata, który miał niedługo zatrząść się w posadach i wywrócić do góry nogami. Przecież to co zdarzyło się w Beltane było jedynie delikatnymi wstrząsami, zapowiadającymi prawdziwe trzęsienie. Skoro już to ją tak bardzo poruszyło, to jak miała przetrwać wojnę?
W tym właśnie momencie, Murtagh podjął decyzję, że musi za wszelką cenę odsunąć siostrę jak najdalej od epicentrum wydarzeń. Jeśli miałby w tym celu sprzysiąc się z samym diabłem to trudno, zrobi to. Przełknie dumę i nienawiść do ojca, byle tylko ten wysłał Sarę gdzieś daleko, znalazł jej inny cel w życiu i zmusił ją do posłuszeństwa. A kiedy to wszystko się uspokoi, wtedy Murtagh z przyjemnością sprowadzi siostrę z powrotem do Londynu, żeby pokazać jej Nowy Wspaniały Świat, który dla niej stworzy. I wiedział, był tego pewien, że chociaż jej się to na początku na pewno nie spodoba, to w końcu wpadnie mu w objęcia i mu podziękuje. Tak, tak właśnie będzie... Syczał mu do ucha cichy głosik, a Murtagh już się nawet nie zastanawiał czy pochodzi od od niego czy ich wspólnego przodka. Tymczasem musiał sprawić, żeby Sarah w chwili słabości nie przyszła go prosić o pomoc, żeby nie uciekła do niego, bo mogłaby odkryć potwora, którym stał się jej brat, a tego żadne z nich by nie zniosło.
- Skoro tak bardzo okropny i zły jestem... To po co w ogóle się kłopoczesz, siostrzyczko? - wymawiał każdą sylabę i zgłoskę bardzo wyraźnie, wręcz prześmiewczo - choć nigdy do tej pory nie nabijał się z jej wady wymowy. - Nie wpadło ci do tej malutkiej, pięknej, delikatnej główki, że może ja wcale NIE CHCĘ, żeby mnie ktoś ratował? Może, zupełnie przypadkiem, NIE POTRZEBUJĘ ratunku? - jego głos powoli nabrał mocy, a sam Murtagh wstał z fotela, opierając dłonie o krawędź biurka. Z jego kciuka sączyła się niewielka stróżka krwi.
- Nie masz pojęcia, jak okropne rzeczy robiłem. Nie wyobrażasz sobie, jak dużo przyjemności mi to sprawiło. Nie pojmujesz, jak czarna jest moja dusza.- Z każdym zdaniem przesuwał się bliżej, wychodząc zza biurka i stając ponad nią - jego twarz tonęła w cieniach, jego postać górowała nad nią, na tle okna.
Uderz ją, skrzywdź ją, to takie łatwe... Przed oczami stanęła mu dziewczyna, której krew plamiła jeszcze niedawno koszulę, którą miał teraz na sobie. Po jego twarzy przemknął cień, kiedy zrozumiał, jak niedaleko był od skrzywdzenia własnej siostry. Ze świstem nabrał powietrza, jego rozszerzone nozdrza zadrgały i z mocą odsunął się od niej, odwrócił tyłem i podszedł do okna - do barku. Drżącymi rękoma otworzył karafkę z whiskey i pociągnął alkohol bezpośrednio z niej, nie dbając o szklankę, która pozostała na jego biurku. Szklany korek zagrzechotał na blacie.