Dzień dziecka był bardzo istotnym dniem dla Józki. Mieli tych dzieci tyle, a każdemu trzeba było sprawić jakiś prezent, żeby poczuło się chociaż trochę wyjątkowe. Jose kochała je wszystkie, te swoje, trochę mniej swoje i obce. Lubiła towarzystwo młodszych pokoleń, może też przez to, że dzięki nim czuła się młodsza, mimo, że czas płynął, a siwych włosów przybywało - nie, żeby się tym jakoś specjalnie przejmowała.
Pani Abbott wstała równie szybko, co jej mąż. Tyle, że ona od razu ruszyła do swoich obowiązków. Ktoś musiał nakarmić kurki, krówki, świnki i całą resztę zwierząt, które zamieszkiwały ich gospodarstwo. Wzorowo spełniała swoje farmerskie obowiązki, zależało jej na tym, aby ich zwierzątka również były szczęśliwe.
Prezenty dla dzieciaków przygotowała już wcześniej. Jako, że lato powoli się zaczynało, rośliny kwitły zebrała zioła, które mogły się przydać każdemu z nich. Pozbierała również jajka, wydoiła krowy, wydawało jej się, że takie zdrowe składniki ucieszą członków jej rodziny.
Dalszą część dnia spędzała w sadzie - wśród drzew, które tak bardzo kochała. Musiała mieć pewność, że będą zdrowe i dadzą odpowiednią ilość owoców - w końcu od tego zależało, czy w tym roku będą mieli równie dużo trunków. Jakoś ich rodzinnych produktów była zależna od sadów. Wszystko było ze sobą powiązane. Przytulała się właśnie do jednego z drzew, żeby okazać swoją wdzięczność, kiedy usłyszała kroki, bardzo dobrze wiedziała, kto się tutaj pojawił.
Odsunęła się od drzewa i odwróciła w stronę nadchodzącej postaci. - Nie chowam się mój drogi, gdybym się chciała przed tobą schować, to nigdy byś mnie nie znalazł. - Potrafiła przewidywać przyszłość, więc Otto mógłby mieć problem z odnalezieniem jej gdyby naprawdę tego chciała.
- Trzeba go jeszcze nakarmić, napracował się dzisiaj. Musimy dbać o naszą sówkę. - Faktycznie zmartwiła się o stan zwierzęcia, było już bowiem wiekowe i w każdej chwili mogło kopnąć w kalendarz. Sięgnęła po list, który przyniósł jej Otto, szybko zerknęła na jego treść. - Bardzo dobrze myślałeś. Norka nasza kochana wysłała nam na spróbowanie te swoje wypieki. Jak to dobrze, że jej się wreszcie wieść zaczęło. - Widać było, że naprawdę ją to cieszy. - Szybko żeś zdążył im powysyłać prezenty, ja to jeszcze nie doszłam do naszej sówki kochanej, martwię się, że może sobie nie poradzić z drugą turą paczuszek. - Może lepiej by było dzieciaki pozapraszać do gospodarstwa, przynajmniej mieliby się wreszcie sposobność spotkać. Miała wrażenie, że ostatnio wszyscy gdzieś pędzą i zapominają o cioteczce i wujeczku. - Co myślisz o tym, żebyśmy im zorganizowali małe przyjęcie?