Murtagh nie czuł się onieśmielony przez kobiety zbyt często. To raczej on onieśmielał je, swoim nienagannym uśmiechem, pewnością ruchów i drapieżnym głodem w spojrzeniu. Dlatego Loretta wywierała na nim tym większe wrażenie. Wiedział, że przy niej nie może sobie pozwolić na bycie protekcjonalnym, patrzenie na nią z góry czy szowinistyczne komentarze. Był pewny, że skutkowałoby to świstem jej różdżki i jakąś bardzo nieprzyjemną klątwą posłaną w jego stronę. Większość kobiet, które poznał były miękkie jak bułki, Loretta była twarda i chrupiąca jak dobrze wypieczony, razowy chleb.
Kiedy ruszyła do klatki, podążył za nią niczym cień, ubezpieczając tyły i na wszelki wypadek rzucając zaklęcie aby zamknąć za nimi drzwi klatki schodowej. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy kobieta bez zastanowienia wparowała do małego mieszkanka i w oka mgnieniu obezwładniła szlamowatą reporterkę. Zamknął za nimi i te drzwi, tym razem jednak nie kłopocząc się rzucaniem zaklęcia. Część jego nawet lubiła, kiedy ofiary próbowały uciekać i już prawie myślały, że są wolne, zanim natrafiły na barierę nie do pokonania.
Zdjął kaptur i odrzucił płaszcz. Nie kłopotał się ukrywaniem swojej tożsamości, bo dziewczyna i tak zapamięta z ich twarzy tylko rozmazane kształty.
- No wiesz co, moja droga Żmijko? To nie było zbyt uprzejme przywitanie. - zażartował do Loretty, widocznie tymczasowo przyjmując rolę "dobrego gliny". Czy raczej dobrego oprawcy, o ile coś takiego w ogóle istniało.
Podszedł do dziewczyny, spętanej magicznymi więzami i dotknął jej policzka niemal z czułością. Jej twarz barwiły czerwone wykwity, a oczy lśniły mokro - to nie były jeszcze łzy, ale zapowiedź ich rychłego nadejścia. Pogłaskał dziewczynę po włosach, po czym przesunął ją razem z krzesłem na którym siedziała, bardziej na środek pomieszczenia.
- Witaj kochana, jestem Grzechotnik a to moja towarzyszka, Żmija. Jestem pewien, że wiesz co przeskrobałaś, ale mimo wszystko wolał bym to usłyszeć od ciebie. - przemówił do niej spokojnym, niemal łagodnym głosem. Loretta w swej nienawiści i chęci zadawania bólu była jak ogień, parząca i niepowstrzymana. On był niczym ostrze noża - metodyczny, powolny, delektujący się każdą sekundą.