Co on tutaj w ogóle robił..? To nie był najmądrzejszy pomysł. Właściwie całkiem fatalny. Ale też głównie dlatego nie zaproponował prywatnego zacisza, tylko miejsce publiczne, w którym poczucie zagrożenia będzie zminimalizowane całkowicie. Tak jak to, że ktoś czegoś dosypie do kawy czy herbaty, jeśli tylko będziesz miał oko na to, co zostanie ci podane. Paranoja? Być może. W wydźwięku ich pierwszego spotkania jednak to było spotykanie się z demonami przeszłości, które były bardzo niebezpieczne i miały wyjątkowo ostre pazury. Jakie to było jednak dramatyczne, że wystarczyło jedno spojrzenie, jeden uśmiech, żeby zaskarbić sobie małego całuska..? Całkiem zaskakujące było to, że człowiek tak zimny mógł mieć tak gorące usta.
Było w tym coś beznadziejnego i jednocześnie wyzwalającego. Czy oni w ogóle mieli sobie cokolwiek do powiedzenia? Nie wiedział. Ale tak, jak niepewność chodziła po jego karku lekkim napięciem, tak pojawiało się coś bardzo kojącego w myśli, że można spoglądać na człowieka, który zna najbrudniejszy sekret twojego życia i... nie ocenia. Albo przynajmniej nie dawał tego po sobie poznać. Szukał tego towarzystwa nawet nie do końca czując, że chce o czymkolwiek rozmawiać. Z wizją przed oczami, że mógłby siedzieć w ten ciepły, letni wieczór, z kubkiem kawy między dłońmi, wbijając spojrzenie w odbity w czerni świat i czuć się po prostu obserwowanym przez chłodne oczy po drugiej stronie stołu. Czemu odnajdywał w tym ukojenie - nie potrafił tego wyjaśnić ani logicznie ująć. I pewnie to była jedna z wielu rzeczy, przy których ktoś oskarżyłby go o głupotę. Na szczęście nie musiał tego słuchać.
Dzwoneczek kawiarenki cicho zadzwonił, kiedy Laurent wszedł do ciemnego, przytulnego wnętrza, spoglądając na nie spojrzeniem, które oderwano zostało od morza, ale morze nie oderwało spojrzenia od niego. Odnalazł spojrzeniem Nicholasa. Odzianego w czerń, która kontrastowała z jego jasnymi jak lód oczami, dodawała mu powagi, a może nawet i upodabniała do największego koszmaru większości ludzi. Śmierci. Żniwiarza dusz, który przychodził, żeby zabrać cię na drugą stronę, kiedy zaczynałeś płakać, że chcesz jeszcze trzymać się życia. Uśmiechnął się do tego Ponurego Żniwiarza. Zimnego. Choć słowo "zimny" w dzisiejszych czasach nabierało nowego znaczenia. Laurent był jego przeciwieństwem. Choć nie czysta biel zdobiła jego odzienie to jasny beż spodni i tak wpadał w barwę mocno rozrobionej kawy z mlekiem. Koszula już była biała. Z rękawem tylko do łokci ze względu na panujące ciepło na zewnątrz. Na jego nadgarstku pokazywał się zegarek, a na szyi piękniła delikatna, złota biżuteria, subtelna, tak samo jak przy uszach merdał piękne serendibity z zielonkawo-niebieskim odcieniem w formie niewielkich, podłużnych kolczyków. Generalnie dla pierwszej lepszej osoby Laurent mógł się zaprezentować jako elegancko ubrany, bo ta biżuteria w swojej delikatności nawet zanikała. Wprawne oko mogło już się zastanowić, czy to, w co Laurent był ubrany i co nosił na uszach nie było warte tyle ile jego małe mieszkanko. Przeszedł przez kawiarnię w kierunku Yaxleya.
- Dzień dobry. - Przywitał się, zwalniając swojego kroku, żeby przekonać się, czy Yaxley wstanie, czy wyciągnie dłoń, czy tylko spojrzy, czy... co się wydarzy. Chciał się do tego dopasować i dostosować. Zerknął krótko na zegarek. - Mam nadzieję, że się nie spóźniłem. - Zbytek grzeczności, albo klasyka small talków angielskich - kto jak woli. Bo Laurent dobrze wiedział, że się nie spóźnił. A przynajmniej nie na tyle, żeby to było uznane za niegrzeczne, o.