30.10.2023, 22:38 ✶
Nie traktowała Laurenta jak dziecka. Kiedyś, owszem. Póki nim był i może parę miesięcy po tym, jak nim być przestał. A mimo wszystkich opiekuńczych zapędów wobec młodszych krewnych próbowała pamiętać – że każde z nich jest dorosłe. Orion, Vincent, Laurent, nawet Atreus, było dorosłe. Każde z nich miało prawo podejmować własne decyzje. Popełniać własne błędy. I podążać drogą, którą ona nie poprowadzi ich za rękę.
Ale bycie dorosłym nigdy nie oznaczało, że nie masz prawa poprosić o wsparcie. A tego zawsze była gotowa udzielić każdemu z nich, na tyle, na ile tylko potrafiła. Mogła być zdystansowana, mogła być chłodna, ale jej chłód topił się, kiedy miała do czynienia ze swoją rodziną.
- Jak nazywa się magiczne stworzenie, które tańczy dla księżyca? - spytała Florence, tym samym, stanowczym tonem, jakiego używała, kiedy przepytywała stażystów. Nie odrywając od młodego Prewetta skupionego spojrzenia jasnych oczu. Jedyna różnica polegała na tym, że zwykle nie ściskała dłoni stażysty, którego wypytywała - chociaż pewnie niektórym przydałoby się wtedy takie wsparcie, to gdyby udzieliła go ona, byliby tylko jeszcze bardziej przerażeni...
Skup się. Na mnie. Na tych pytaniach. Nie na nim.
Udziel odpowiedzi.
Nie mogła mu pozwolić po prostu zwinąć się w kłębek i płakać. Musiał się pozbierać. Może dałaby mu czas i spokój, gdyby siedzieli w salonie przy Horyzontalnej, ale tutaj, w posiadłości Prewettów, nikt nie mógł pozwolić sobie na coś takiego.
– Edwardzie, jak już wspomniałam, nie mam w tej chwili dla ciebie czasu. Na twoje wszelkie uwagi, odpowiem, kiedy już go znajdę. Jeśli wtedy nie będziesz miał ochoty rozmawiać, zapewniam, że będę bardzo szczęśliwa tej rozmowy unikając – rzuciła, nie odwracając się do niego. Wciąż kucała przy Laurencie, celowo ustawiona tak, by oddzielać ich nawzajem od siebie. Uniemożliwiać Laurentowi patrzenie na Edwarda i Edwardowi na Laurenta. Złość wciąż tliła się w niej, buzowała pod powierzchnią, ale Florence nie zamierzała pozwolić, by wydostała się na zewnątrz. Trudno ją było rozgniewać i nie zamierzała dawać Edwardowi satysfakcji, że jemu się udało.
(Dalej jasnowidzenie)
Ale bycie dorosłym nigdy nie oznaczało, że nie masz prawa poprosić o wsparcie. A tego zawsze była gotowa udzielić każdemu z nich, na tyle, na ile tylko potrafiła. Mogła być zdystansowana, mogła być chłodna, ale jej chłód topił się, kiedy miała do czynienia ze swoją rodziną.
- Jak nazywa się magiczne stworzenie, które tańczy dla księżyca? - spytała Florence, tym samym, stanowczym tonem, jakiego używała, kiedy przepytywała stażystów. Nie odrywając od młodego Prewetta skupionego spojrzenia jasnych oczu. Jedyna różnica polegała na tym, że zwykle nie ściskała dłoni stażysty, którego wypytywała - chociaż pewnie niektórym przydałoby się wtedy takie wsparcie, to gdyby udzieliła go ona, byliby tylko jeszcze bardziej przerażeni...
Skup się. Na mnie. Na tych pytaniach. Nie na nim.
Udziel odpowiedzi.
Nie mogła mu pozwolić po prostu zwinąć się w kłębek i płakać. Musiał się pozbierać. Może dałaby mu czas i spokój, gdyby siedzieli w salonie przy Horyzontalnej, ale tutaj, w posiadłości Prewettów, nikt nie mógł pozwolić sobie na coś takiego.
– Edwardzie, jak już wspomniałam, nie mam w tej chwili dla ciebie czasu. Na twoje wszelkie uwagi, odpowiem, kiedy już go znajdę. Jeśli wtedy nie będziesz miał ochoty rozmawiać, zapewniam, że będę bardzo szczęśliwa tej rozmowy unikając – rzuciła, nie odwracając się do niego. Wciąż kucała przy Laurencie, celowo ustawiona tak, by oddzielać ich nawzajem od siebie. Uniemożliwiać Laurentowi patrzenie na Edwarda i Edwardowi na Laurenta. Złość wciąż tliła się w niej, buzowała pod powierzchnią, ale Florence nie zamierzała pozwolić, by wydostała się na zewnątrz. Trudno ją było rozgniewać i nie zamierzała dawać Edwardowi satysfakcji, że jemu się udało.
(Dalej jasnowidzenie)
Rzut Z 1d100 - 63
Sukces!
Sukces!