Skup się. Takie proste i jednocześnie takie trudne zadanie. Skupiał. Próbował przynajmniej. Feniksy - przemielał je przez myśli, rozciągał jak gumę, zbyt starą, żeby ją po prostu odczepić i jednocześnie zbyt świeżą, żeby nadal się nie lepiła. Przelewały się trującą rtęcią i chyba odmierzały temperaturę jego ciała lub tylko głowy. To tam w końcu te pioruny przenikały do pseudo-słodkiej codzienności. Tej, którą żył, a nie tej, która została podarowana mu teraz. Pytanie się jednak zmieniło. Przesunęło dalej i sprawiło, że tamta książka z dziennika zdarzeń była niepotrzebna. Albo w ogóle cała biblioteka? Nie, to miejsce odpowiednie. Odpowiednie? Przerażające. Puste. Echo tu drgało jak kolibało się serce w jego chudej klatce piersiowej. Mury tego zamku nigdy nie były w pełni przyjazne, inaczej nie szukałby z nich ucieczki na drugi koniec kraju. Nigdy nie były miejscem, w którym czuł się w pełni dobrze, bo bezpiecznie - a i owszem. To tylko teraz ten gwałt na jego poczuciu bezpieczeństwa wysypał wszystkie mechanizmy odpowiadające za zdolność komunikacji, a każde kolejne zdanie ojca tylko pchało ten stan w objęcia zupełnej destrukcji. Bo pchane były nawet tam, gdzie Laurent gotów był zrobić sobie krzywdę, byle tylko skupić się na bólu, którego tak nienawidził, a nie na tym spustoszeniu, które działo się w jego sercu.
Chciał się odsunąć i zniknąć, nie skupiać na niczym ani na nikim. I jednocześnie chciał się skupić, żeby w końcu sprostać temu, co przed nim postawiono. Chaos nigdy nie służył, a Florence nie lubiła przecież chaosu. Jeszcze bardziej nie trawił go jego ojciec. I chyba tak by to wyszło, że gdyby wskazać osobę, która mogłaby zasiąść na tym tronie... byłaby to Florence Bulstrode. Podoba wręcz szokująco do Edwarda i jednocześnie tak różna we wrażliwości na drugiego człowieka. Pewnie dlatego, że ona kształciła się, by ludziom pomagać, Edward - by ludźmi władać i wykorzystywać ich każdy atrybut. Włącznie z wykorzystywaniem ich słabości przeciw nim samym. To było hartowanie. W oczach Edwarda ten cały proces wydawał się po prostu hartowaniem zbyt podatnego syna na bodźce. Słabego... a może po prostu obnażonego przed swoją słabością? Bo ludzie łatwo potrafili doprowadzić go do płaczu, ale nikt nigdy nie doprowadzał go do takiego stanu. W nikogo nie był też tak wpatrzony, jak wpatrzony był w Edwarda. Od nikogo nie pragnął aż tyle uwagi i pochwał, jak pragnął od niego. Wiedział to. Inaczej większość ich spotkań nie byłaby taka bolesna i nie wybrałby opcji znalezienia swojego życia, w którym nie musiałby się na Prewettów oglądać.
- L-lunaballe... - Powiedział na wydechu. Te cenne chwile mijały i choć wzrok mu skoczył w bok, chcąc znaleźć źródło ojcowskiego głosu to wrócił nim do Florence, nawet w końcu odnalazł jej spojrzenie. Nawet po tych cennie mijających minutach w końcu sięgnął po chustkę do kieszeni czując, jak fatalnie szczypią go oczy. I że łzy już się skończyły. Albo nie... nie skończyły. Po prostu zostały na granicy czekając na dogodną chwilę. - Kla-syfikacja stwo-rzenia jako łatwo oswa-jalne... - Próbował mówić dalej. Ta dłoń pomagała. Ta, którą chciał zabrać, żeby się zupełnie skulić w sobie. Czuł się tak intensywnie wypruty z energii i emocji, że oczy same mu się niemal zamykały. Skronie go uciskały. - Wychodzą... z do-domu... wychodzą tylko w czasie pełni. - Oddech mu się już uspokoił.