31.10.2023, 00:13 ✶
Trzymało ją tu tysiąc i jeden rzeczy, a jednocześnie chyba żadna nie mogłaby jej zmusić do zgodzenia się na tę półmaterialną egzystencję, jaką wiodły duchy. Może mimo wszystko nie kochała nikogo aż tak mocno jak Adelajda siostrę – bo za wiele osób by zginęła, ale dla żadnej nie została po tej stronie po śmierci – a może tylko miała inny charakter, zawsze wyrywający ją gdzieś do przodu.
Uśmiechnęła się mimowolnie jeszcze szerzej, kiedy Rowle się roześmiał. To było jak małe zwycięstwo, bo nie wydawał się kimś, kto był wesołkiem.
– Wciąż możesz dostać ich więcej – powiedziała, znów wciskając dłoń do kieszeni i podtykając mu pod nos całą ich garść. Brenna zawsze miała kieszenie pełne słodyczy, bo po pierwsze sama je uwielbiała, po drugie… po prostu lubiła oferować je innym. Czasem, zwłaszcza wtedy, gdy ciężko było znaleźć właściwe słowa, sięgnięcie po nie zdawało się jej najnaturalniejszą rzeczą na świecie. – Albo dziewczyna próbowałaby się zabić z rozpaczy i potem rozpaczała podwójnie, gdy zrozumiałaby, że to już niemożliwe – odparła na jego żart własnym żartem, bo i żartobliwe uwagi, i te uszczypliwe, pod własnym adresem znosiła bardzo dobrze. Bywała nieco przeczulona na punkcie tych wobec swojej rodziny, kpiła jednak sama z siebie bardzo chętnie i ani myślała brać do siebie kpin innych. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do niektórych Ślizgonów Esme zdawał się nie mieć w tym ani odrobiny złej woli.
– Nic nie jest niemożliwe? Podoba mi się to podejście – skwitowała, bo bardzo chciała w to uwierzyć. Może mając siedemnaście lat nawet jeszcze to potrafiła. Z tej przywary miał z czasem wyleczyć ją czas, wtłaczając do rozczochranej głowy trochę realizmu.
Ale tylko trochę.
– Jasne, chętnie wrócę z tobą – zapewniła. Nawet gdyby planowała wycieczkę po cmentarzu i oglądanie każdego nagrobka, zmieniłaby po prostu plany, tylko dlatego, że ktoś spytał. I nie była to forma żadnego poświęcenia, bo Brenna po prostu lubiła towarzystwo ludzi. Obróciła się w stronę wyjścia z cmentarza, starając się dostosować swój krok do kroku Esme – bo miała skłonności wystrzeliwać do przodu i dopiero po chwili orientować się, że ktoś nie do końca nadąża za jej trybem poruszania się. – Hej, widzisz tamten grób? Wyryto na nim wielkiego węża Slytherinu. A właściciel zmarł mając dziewięćdziesiąt lat, więc musiał bardzo mocno wziąć sobie do serca przynależność do domu… – zaczęła paplać po swojemu, kiedy wychodzili z cmentarza. I kontynuowała takie zagadywanie przez całą drogę ku Hogsmeade.
Uśmiechnęła się mimowolnie jeszcze szerzej, kiedy Rowle się roześmiał. To było jak małe zwycięstwo, bo nie wydawał się kimś, kto był wesołkiem.
– Wciąż możesz dostać ich więcej – powiedziała, znów wciskając dłoń do kieszeni i podtykając mu pod nos całą ich garść. Brenna zawsze miała kieszenie pełne słodyczy, bo po pierwsze sama je uwielbiała, po drugie… po prostu lubiła oferować je innym. Czasem, zwłaszcza wtedy, gdy ciężko było znaleźć właściwe słowa, sięgnięcie po nie zdawało się jej najnaturalniejszą rzeczą na świecie. – Albo dziewczyna próbowałaby się zabić z rozpaczy i potem rozpaczała podwójnie, gdy zrozumiałaby, że to już niemożliwe – odparła na jego żart własnym żartem, bo i żartobliwe uwagi, i te uszczypliwe, pod własnym adresem znosiła bardzo dobrze. Bywała nieco przeczulona na punkcie tych wobec swojej rodziny, kpiła jednak sama z siebie bardzo chętnie i ani myślała brać do siebie kpin innych. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do niektórych Ślizgonów Esme zdawał się nie mieć w tym ani odrobiny złej woli.
– Nic nie jest niemożliwe? Podoba mi się to podejście – skwitowała, bo bardzo chciała w to uwierzyć. Może mając siedemnaście lat nawet jeszcze to potrafiła. Z tej przywary miał z czasem wyleczyć ją czas, wtłaczając do rozczochranej głowy trochę realizmu.
Ale tylko trochę.
– Jasne, chętnie wrócę z tobą – zapewniła. Nawet gdyby planowała wycieczkę po cmentarzu i oglądanie każdego nagrobka, zmieniłaby po prostu plany, tylko dlatego, że ktoś spytał. I nie była to forma żadnego poświęcenia, bo Brenna po prostu lubiła towarzystwo ludzi. Obróciła się w stronę wyjścia z cmentarza, starając się dostosować swój krok do kroku Esme – bo miała skłonności wystrzeliwać do przodu i dopiero po chwili orientować się, że ktoś nie do końca nadąża za jej trybem poruszania się. – Hej, widzisz tamten grób? Wyryto na nim wielkiego węża Slytherinu. A właściciel zmarł mając dziewięćdziesiąt lat, więc musiał bardzo mocno wziąć sobie do serca przynależność do domu… – zaczęła paplać po swojemu, kiedy wychodzili z cmentarza. I kontynuowała takie zagadywanie przez całą drogę ku Hogsmeade.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.