Deszcz monotonnie uderzał w okno i spadał w strugach na ulicę poniżej. Murtagh obserwował kolorowe parasole, które poruszały się na dole w jednostajnym, wiecznie pędzącym gdzieś tempie. Każdy z nich krył pod sobą człowieka - mugola, który gdzieś się śpieszył, który nadszedł skądś i dokądś pójdzie. Każdy z nich gdzieś mieszkał, od kogoś uciekał lub do kogoś wracał. Mieli te same ciała, te same oczy, sylwetki i dłonie. Czym więc zasłużyli sobie na los, który miał ich niedługo spotkać? Czy dziecko, przychodząc na ten świat, podpisywało na siebie wyrok przez sam fakt tego, że się urodziło? Czy to jego rodzice skazywali je na taki a nie inny los, sprowadzając je na ten świat? Jasna świetlistość istnienia, oddech, życie, zamknięte w ciele i dookreślone przez jasny i wyraźny podział - umiejętność okiełznania magii. Od dawna już mężczyzna nie miał takich myśli, a Sarah przygnała je wraz ze swoim grobowym ubraniem, upartym spojrzeniem i cichym, ale natarczywym głosem.
Nie mógł spodziewać się z jej strony uścisku, przecież dopiero co niemal otwarcie jej groził. Zupełnie nie sądził, że właśnie tak zachowa się siostra. Kiedy poczuł jej dłonie, oplatające jego tors, w pierwszym odruchu jego mięśnie napięły się, jakby chciał ją odtrącić. Był to instynkt kogoś przywykłego do tego, że kontakt cielesny oznaczał raczej walkę niż czułość. A jednak, poza napięciem mięśni Murtagh się nie poruszył.
Trwali tak we dwójkę. Ona w niego wtulona, gorzkimi słowami przywołując go do siebie, zapewniając, że wciąż go kocha i z niego nie zrezygnowała. On wyprostowany i spięty, jak gdyby spodziewał się z jej strony raczej uderzenia niż uścisku. W jego sercu mieszały się emocje, których już od kilku lat nie odczuwał tak intensywnie. Niepewność, czy droga, którą podąża jest naprawdę tą właściwą. Zwątpienie, czy będzie w stanie kiedykolwiek odsunąć od siebie siostrę i ocalić ją przed samym sobą. Nienawiść - do świata, do Slytherina, do samego siebie, i do tego kim się stał. Czy mógł bowiem zrzucić odpowiedzialność za to na decyzje, jakie podejmowali jego rodzice? Przecież dzielili z Sarą te same geny i wychowanie, a jednak ona obrała zupełnie inną ścieżkę niż on. Kolorowe parasole w dole zaczęły się zamazywać i wykrzywiać i dopiero po kilku sekundach Murtagh uświadomił sobie, że jego oczy zaszkliły się łzami. Zamrugał oczami intensywnie i delikatnie, acz stanowczo ujął dłonie siostry i rozplątał się z jej uścisku.
- Tak, to co robię sprawia mi przyjemność i wierzę, że sprawa za którą walczę jest słuszna. Jeśli nie jesteś w stanie w to uwierzyć ani tego zaakceptować, to po prostu odejdź. Miłość... - na tym zdaniu jego głos lekko się załamał - ...nie wystarczy, by naprawić wszystko. - oznajmił, przypominając sobie, że prawie identyczne słowa sam kiedyś usłyszał od Diany. Wtedy jego serce pękło na tysiąc kawałków i już nigdy nie było w stanie do końca się uleczyć. Czy to było fair, że teraz coś podobnego robił swojej siostrze? Czy życie w ogóle było w jakimkolwiek aspekcie fair? Nie, tego Macmillan był więcej niż pewny.