13.11.2022, 20:08 ✶
Brenna, na szczęście nie tylko cudze, ale i swoje, nie była mistrzynią legimencji. Talent trzeciego oka, odziedziczony po babce, o którym zresztą wiedzieli głównie współpracownicy, objawił się widmowidzeniem, nie aurowidzeniem. Gdyby było inaczej, pewnie dużo trudniej byłoby jej zachowywać spokój ducha. Ot na przykład o zainteresowaniach Castiela nekromancją, dalekich od teoretyczności, nic nie wiedziała i na pewno w tej niewiedzy była szczęśliwsza. Oszczędzało jej to wielu dylematów.
Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i objęła je ramieniem, robiąc Castielowi więcej miejsca na podłodze, pośród tych wszystkich rzeczy poustawianych na podłodze.
- Tak! Ten Erik Longbottom, najpopularniejszy chyba uczeń Hogwartu na swoim roczników, gwiazda quidditcha, prefekt, mistrz pojedynków, gość, z którym każdy chciał się przyjaźnić i jeden z najbardziej pożądanych kawalerów według tygodnika czarownica… nie umie ugotować makaronu – przyznała z rozbawieniem, bo Straszliwy Sekret Erika zawsze ją nim napawał. Gorzej, że w tej chwili Erik nie mógł też zrobić sobie kanapki, a nawet ugotowanie herbaty stawało się niebezpieczne. Nie mówiąc o katastrofach, do których dochodziło, kiedy gotował ktoś inny. Uśmiechała się zresztą mimowolnie, mówiąc o bratu: Longbottomowie zawsze byli ze sobą dość mocno związani, a ona była nieodmiennie dumna ze swojego brata.
Po prawdzie Perfekcyjny Erik miał jeszcze przynajmniej jedną wadę. Raz w miesiącu obrastał futrem. Dla niektórych wciąż stanowiło to ogromny problem. Mimo wszystkich wpływów i pieniędzy, jakie miała ich rodzina.
– Brałam pod uwagę chyba wszystko. Poltergeist, zaklęte garnki, chochliki, a gdyby to nie był nasz dom, sprawdzałabym, czy ktoś się tam nie wkradł, nie zamieszkał w kuchennej szafce i nie rzuca czarów – wyliczyła Brenna, po kolei odginając kolejne palce. Ba. Właściwie to nawet tak na wszelki wypadek sprawdziła wszystkie szafki i schowki… – Zostaje klątwołamacz. Potem egzorcysta. A jeśli to też nie przyniesie efektów, to chyba zamontuję czary alarmowe, aby Erik nie zbliżał się do kuchni.
Brzmiało to nieco absurdalnie, ale naprawdę zaczęła się zastanawiać, czy na Erika nie rzucono klątwy. A chociaż sprawdziła wszystkie garczki i patelnie, mogła przecież coś przegapić… Może któryś zestaw był zaklęty?
– Och, ryzykant z ciebie. Sugeruję ubrania ognioodporne. Albo może zbroję? Nie, czekaj. W zbroi ciężej uciekać – stwierdziła z namysłem. Jakby poważnie zastanawiała się, czy nie należałoby ubrać go w zbroję. – Dobrze, ubranie ognioodporne, jakieś protego, stanie przy drzwiach, to powinno wystarczyć… tylko nie licz na zaproszenie na obiad, bo pewnie będzie spalonka – westchnęła. Ciężko było powiedzieć, ile jest powagi w jej słowach, a ile żartu, ale najwyraźniej faktycznie chciała, by to sprawdzić. – Porozmawiam z bratem i spróbujemy wybrać jakiś termin, dobrze? Bo żarty żartami, ale już nawet moja kuzynka mówi, że powinniśmy wezwać klątwołamacza.
Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i objęła je ramieniem, robiąc Castielowi więcej miejsca na podłodze, pośród tych wszystkich rzeczy poustawianych na podłodze.
- Tak! Ten Erik Longbottom, najpopularniejszy chyba uczeń Hogwartu na swoim roczników, gwiazda quidditcha, prefekt, mistrz pojedynków, gość, z którym każdy chciał się przyjaźnić i jeden z najbardziej pożądanych kawalerów według tygodnika czarownica… nie umie ugotować makaronu – przyznała z rozbawieniem, bo Straszliwy Sekret Erika zawsze ją nim napawał. Gorzej, że w tej chwili Erik nie mógł też zrobić sobie kanapki, a nawet ugotowanie herbaty stawało się niebezpieczne. Nie mówiąc o katastrofach, do których dochodziło, kiedy gotował ktoś inny. Uśmiechała się zresztą mimowolnie, mówiąc o bratu: Longbottomowie zawsze byli ze sobą dość mocno związani, a ona była nieodmiennie dumna ze swojego brata.
Po prawdzie Perfekcyjny Erik miał jeszcze przynajmniej jedną wadę. Raz w miesiącu obrastał futrem. Dla niektórych wciąż stanowiło to ogromny problem. Mimo wszystkich wpływów i pieniędzy, jakie miała ich rodzina.
– Brałam pod uwagę chyba wszystko. Poltergeist, zaklęte garnki, chochliki, a gdyby to nie był nasz dom, sprawdzałabym, czy ktoś się tam nie wkradł, nie zamieszkał w kuchennej szafce i nie rzuca czarów – wyliczyła Brenna, po kolei odginając kolejne palce. Ba. Właściwie to nawet tak na wszelki wypadek sprawdziła wszystkie szafki i schowki… – Zostaje klątwołamacz. Potem egzorcysta. A jeśli to też nie przyniesie efektów, to chyba zamontuję czary alarmowe, aby Erik nie zbliżał się do kuchni.
Brzmiało to nieco absurdalnie, ale naprawdę zaczęła się zastanawiać, czy na Erika nie rzucono klątwy. A chociaż sprawdziła wszystkie garczki i patelnie, mogła przecież coś przegapić… Może któryś zestaw był zaklęty?
– Och, ryzykant z ciebie. Sugeruję ubrania ognioodporne. Albo może zbroję? Nie, czekaj. W zbroi ciężej uciekać – stwierdziła z namysłem. Jakby poważnie zastanawiała się, czy nie należałoby ubrać go w zbroję. – Dobrze, ubranie ognioodporne, jakieś protego, stanie przy drzwiach, to powinno wystarczyć… tylko nie licz na zaproszenie na obiad, bo pewnie będzie spalonka – westchnęła. Ciężko było powiedzieć, ile jest powagi w jej słowach, a ile żartu, ale najwyraźniej faktycznie chciała, by to sprawdzić. – Porozmawiam z bratem i spróbujemy wybrać jakiś termin, dobrze? Bo żarty żartami, ale już nawet moja kuzynka mówi, że powinniśmy wezwać klątwołamacza.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.