Jego ojciec chyba by osiwiał (jeszcze bardziej, ewentualnie po prostu na nowo), gdyby odkrył, że jego syn nie tylko uskoczył nieco w bok od rodzinnego biznesu, ale nawet całkowicie od niego odszedł. Porzucił całkowicie biznes, rodzinne korzenie i skierował się w stronę... śpiewania. Na coś takiego mogli sobie pozwolić ci, którzy nie mieli takiego ojca. Ewentualnie ci, którzy mieli w sobie odwagę, żeby wybrać własną ścieżkę życia i nie podążać za ideałami, które wpycha w twoje objęcia rodzina. Czy cię wyklną, czy wypalą w gobelinie - nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, że żyjesz zgodnie z samym sobą i spełniasz marzenia. Jesteś szczęśliwy. O ile ta kariera to dla ciebie większe szczęście niż więzi rodzinne i to, że pozostawiłeś za sobą spalone mosty. O ile nie podążasz tylko za cyframi na koncie Gringotta, a rzeczywiście za marzeniami. Jednoznaczność decyzji zawsze była trudna. Głównie dlatego, że życie nie składało się z intensywnych barw, a głównie stanowiło skalę szarości. Laurent miał okazję przeczytać kiedyś pewne słowa, że jeśli człowiek chce odnieść sukces w życiu to musi podążać za swoją pasją, nie za tym, co piszą na rachunkach. Coś w tym było. Jednak jako osoba, która dość chciwie trzymała się swoich pieniędzy nie potrafił jednoznacznie tego potwierdzić, albo wręcz przeciwnie - odrzucić. Bo przecież gdyby nie pieniądze to nie mógłby się znaleźć chociażby tutaj, w tym pięknym miejscu i pozwalać sobie na wszystko, na co tylko miał ochotę. Gdyby nie one - nadal tkwiłby w Keswick.
Roześmiał się ze słodyczy płynącej z ust Philipa i nawet zdrowy rumieniec pokazał się na jego twarzy od tych komplementów, jakimi go Philip raczył. Jakoś zawsze potrafił wejść mu z tymi słodkimi słówkami pod skórę, że aż Laurent czuł, jak kwitnie i wręcz się delikatnie zawstydza momentami - jak teraz. Nie był to wstyd na poziomie, na którym by się krył, uciekał, czy tracił głowę, w żadnym wypadku - to była ta zdrowa dawka, która pozwoliła głęboko zakorzenić w sobie przeświadczenie o wyjątkowości słów, jakie się słyszy. Bo przecież kto jak kto, ale Philip nie traciłby swojej energii i czasu na takie komplementy tylko po to, żeby kłamać. To też uwielbiał w tym mężczyźnie - jego szczerość.
- Dziękuję. Jesteś kochany. - Lubił śpiewać dla rodziny, przyjaciół... kochanków i kochanek. Wiedział, że ma głos, którego przeżycia pozwalały na coś więcej niż słuchowe doznania - oto moc głosu syreny. Głos, który mógł być wykorzystany, by komuś sprawić przyjemność, poprawić humor i zachwycić, albo do tego, żeby czynić komuś krzywdę.
Potrzebował tej krótkiej chwilki dla siebie. Potrzebował chwili na westchnienie tylko do uszu Matki Wody. Obejrzał się jeszcze na mężczyznę, który mu towarzyszył, posłał mu uśmiech i ruszył w kierunku mostu. Miękki piasek był fantastycznym doznaniem, zupełnie inny niż ten, który leżał u plaż New Forest. I w zasadzie wtedy, gdy zbliżył się do linii mostu usłyszał śpiew. Zatrzymał się, spoglądając na roziskrzone, morskie fale przez drobny moment, nim ruszył po drewnianych deskach. Śpiew? Nie nazwałby tego nawet śpiewem. Anielski, tęskny głos, który wibrował pośród fal, wabiąc do siebie, mamiąc i przyciągając. Przenikający prosto do duszy śpiew był tak tęskny, że nie rozróżniał, czy jest to jego tęsknota czy może tego głosu, który roznosił się wraz z szumem fal. Świat dla niego przestał istnieć - bo istniało tylko pragnienie, żeby wrócić do domu. Żeby odpowiedzieć na to melancholijne wołanie, które prosiło o powrót do bezpiecznych, morskich otchłani, gdzie ginęły ludzkie problemy. Był tam - zjawiskowo piękny, może najpiękniejsza istota, jaką Laurent mógł ujrzeć w swoim życiu. Z tymi oczami, w których lazurowe fale wibrowały jak w jego gardle i czarnymi włosami, które przypominały welon Śmierci. Gdyby te oczy mogły być udekorowane słońcem - nie smutkiem... Syrena wynurzała się ledwo z wody, widać było jedynie jej głowę, a potem wysunął ku niemu rękę - zapraszająco. Wołał go do domu.
Blonydn nawet nie wiedział kiedy spadł z końca molo prosto do wody.
Biel wzburzonej wody owinęła się wokół niego tak jak dłonie, które dotknęły jego ciała, jego twarzy i usta, które napotkały jego wargi. To nie było jak pożądanie - raczej jak powitanie. Jak coś, co znałeś, na co czekało się od lat i w końcu, w końcu zdarzyło się znów. Choć przecież Laurent nigdy nie widział tego selkie na swoje oczy. Wyciągnął dłonie w jego stronę, opadając bezwiednie na dno. Tonąc w objęciach i tonąc w tej wodzie. Ten smutek i membranowy głos przelewał się przez niego. A może tak naprawdę... nie widział tu zupełnie nikogo?
Bo kiedy jego plecy dotknęły miękkiego piasku, a on rozchylił zaciśnięte powieki to nikogo przy nim nie było.