13.11.2022, 20:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.11.2022, 20:47 przez Brenna Longbottom.)
- Taki mój talent. Jestem etatowym pajacem. Rozbawiam ludzi naturalnie, nie muszę się nawet starać, czasem śmieją się z moich żartów, a czasem po prostu ze mnie. Gdyby rodzina królewska wciąż trzymała nadwornych błaznów, to ta posada byłaby cała moja. Poszłam do BUMu tylko dlatego, że tę tradycję już zarzucono, inaczej totalnie chodziłabym w takiej czapeczce z dzwoneczkami – oświadczyła Brenna. Z taką powagą, jakby faktycznie jej życiową ambicją, nigdy niespełnioną, było zostanie błaznem. Cóż, na pewno bardzo wiele osób uważało ją za pajaca, więc po trochu można było uznać, że udało się jej osiągnąć cel…
Nie ruszyła pączków. Miała ich w końcu faktycznie pięćdziesiąt siedem. I przynajmniej siedem zamierzała zjeść osobiście. Pozostałe były przeznaczone dla znajomych z pracy.
– Gwarantuję, że w towarzystwie Erika ciężko ugotować coś innego. A skoro go widziałeś, to chyba za rzadko czytując czarownicę. Jestem pewna, że pokazuje się na jej łamach przynajmniej raz w miesiącu – stwierdziła, pozwalając udawanej powadze pierzchnąć. Kiwnęła głową na jego informacje: skoro potrzebował sprawdzić kuchnię i Erika, to już da się załatwić.
– Och, daj spokój. Płacimy, narażasz dla nas życie i wcale nie jestem pewna, czy wyolbrzymiam. Skoro mam ugotować jakieś danie od początku do końca przy Eriku… – powiedziała, po czym podniosła się, starając przy tym nie zdeptać ani talerza, ani żadnych książek, ani nie potknąć się o nogi Castiela. Rozmawiało się miło, ale niestety, tego dnia musiała jeszcze wpaść do pracy, a jego też w końcu oderwała od obowiązków.
Wyciągnęła różdżkę i kilkoma jej machnięciami złożyła sukienkę z powrotem do pudła.
– Będę leciała. Odezwę się w sprawie terminu po weekendzie. Wpadnę do waszego departamentu z tym zgłoszeniem naszyjnika. Dzięki wielkie za wszystko, Cas, jesteś wspaniały – rzuciła, zagarniając swoje paczki, by po chwili z tym stosikiem wymaszerować z mieszkania.
Nie ruszyła pączków. Miała ich w końcu faktycznie pięćdziesiąt siedem. I przynajmniej siedem zamierzała zjeść osobiście. Pozostałe były przeznaczone dla znajomych z pracy.
– Gwarantuję, że w towarzystwie Erika ciężko ugotować coś innego. A skoro go widziałeś, to chyba za rzadko czytując czarownicę. Jestem pewna, że pokazuje się na jej łamach przynajmniej raz w miesiącu – stwierdziła, pozwalając udawanej powadze pierzchnąć. Kiwnęła głową na jego informacje: skoro potrzebował sprawdzić kuchnię i Erika, to już da się załatwić.
– Och, daj spokój. Płacimy, narażasz dla nas życie i wcale nie jestem pewna, czy wyolbrzymiam. Skoro mam ugotować jakieś danie od początku do końca przy Eriku… – powiedziała, po czym podniosła się, starając przy tym nie zdeptać ani talerza, ani żadnych książek, ani nie potknąć się o nogi Castiela. Rozmawiało się miło, ale niestety, tego dnia musiała jeszcze wpaść do pracy, a jego też w końcu oderwała od obowiązków.
Wyciągnęła różdżkę i kilkoma jej machnięciami złożyła sukienkę z powrotem do pudła.
– Będę leciała. Odezwę się w sprawie terminu po weekendzie. Wpadnę do waszego departamentu z tym zgłoszeniem naszyjnika. Dzięki wielkie za wszystko, Cas, jesteś wspaniały – rzuciła, zagarniając swoje paczki, by po chwili z tym stosikiem wymaszerować z mieszkania.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.