W pierwszym momencie ta delikatna istota przywiodła mu na myśl Olivię. Jakoś... całkiem podobnie to wyglądało - to spotkanie, to wrażenie, nawet te stroje, jakie na sobie miały. To było pierwsze mrugnięcie oka, bo ten obraz został błyskawicznie zastąpiony osobowością całkowicie inną. Piegowaty nosek brakowało tylko, żeby marszczył się w swoim zastanowieniu, a brwi tworzyły pola marsowe, kiedy szedł z nią brukowaną kostką, która wyznaczała tutaj ścieżki i w końcu wniknęli do wnętrza stajni całkowicie przy tym niepozornej z zewnątrz. Jak niepozorna była Jackie, choć porównywanie jej do stajni było co najmniej niepoprawne. I nie to, żeby Laurent to robił. Do głowy by mu nawet nie strzelił taki pomysł, w przeciwieństwie do niepoprawnego (skoro o niepoprawnościach mowa) umysłu jego pisarki.
Mówił. Mówił dużo, ale chciał, żeby wszystko było jasne. Jeśli się dogadają, jeśli kobieta się sprawdzi, to dostanie jeszcze szersze instrukcje, rozpiski i wszystko, co będzie potrzebne do tego, żeby mogła się wdrożyć w pracę. Zgadza się - włącznie z osobą, która jej pomoże i która przypilnuje, żeby wszystko szło spokojnie, powoli i zgodnie z pewnym harmonogramem dnia. Dopiero teraz w zasadzie, kiedy się zatrzymali, miał znów czas na to, żeby się jej przyjrzeć, bo sprawiała osoby, która słucha. Takiej skupionej. Miała ten wyraz twarzy, którzy często mają ludzie, kiedy chcą notować w głowie, skoro nie mieli przy sobie żadnego notatnika. Przydałby się jej - a jego brak było też kolejnym elementem zanotowanym przez Laurenta. Robiła niezłą sinusoide, na szczęście w tych krokach minusiki były malutkie, a plusy bardzo grubiutkie. Pamięć człowieka była zawodna - sam zawsze chodził niemal z notatnikiem przy sobie, chociażby po to, żeby zapisać coś, co przyjdzie mu do głowy w trakcie latania po Londynie czy jakichkolwiek innych miastach. Dokądkolwiek miałby trafić. To był też bardzo niefortunny okres - przynajmniej dla niego samego. Pewnie Jackie się niedługo dowie i tak od pracowników, że w jego domu, właśnie tutaj, próbowano popełnić morderstwo. To... siłą rzeczy wpłynęło na tutejsze morale. I chociaż nie chciał tego zatajać przed nowym pracownikiem to też nie było coś, co pracodawca powinien mówić na wstępie, prawda? Szczególnie, że to trudno było wyjaśnić. Morderca... którego fizycznie nawet tu nie było.
Zadał pytanie, a ona w końcu zwróciła na niego oczy. Miała tak piękne spojrzenie... oczy, które chciało się ująć, ucałować, wznieść do słońca i przekonać się, czy światło dnia gra w nich jak w drogim turmalinie albo załamuje promienie jak ametyst. To były oczy ciekawe świata. Musiały zostać na swoim miejscu, bo bez duszy, która je napędzała, byłyby tylko kolejnymi zimnymi kamieniami. Czego się natomiast nie spodziewał to zobaczyć w niej takiego nagłego zmieszania i złości, jakby... jakby co się w zasadzie stało? Drgnął z lekkiego zaskoczenia i automatycznie spojrzał w kierunku wyjścia ze stajni zastanawiając się, gdzie jest Alexander. Czy jest gdzieś w pobliżu. Oderwanie spojrzenia trwało jednak sekundę, bo zaraz wrócił oczyma do Jackie, szczególnie, że ta zrobiła krok w tył. Jego skonfundowanie tylko urosło. Widział wiele rzeczy i wiele reakcji, ale chyba nigdy nikt... się go nie bał. Bo tak to teraz z jego perspektywy wyglądało, jakby kobieta się wystraszyła czegoś. Ba, no jak to czego. Jego, bo to on do niej tu mówił.
- Powtórzyć? - Musiało brzmieć to trochę idiotycznie, ale Laurent nie potrafił ukryć swojego zdziwienia. Uniósł brwi, wpatrując się w Jackie i zastanawiając, czy czasem nie ocenił jej zbyt optymistycznie na samym początku. - Czy ja panienkę nudzę? - Prewettowi nie chodziło o to, żeby robić jej tutaj krzywdę, tak i jego ton był spokojny i nie zawierał nawet cienia złości czy irytacji, tak jak i on nie odczuwał poirytowania. Natomiast była osobą, którą potencjalnie chciał zatrudnić. Laurent nie lubił mieszać interesów i biznesów ze znajomościami, przynajmniej dopóki nie mógł tym ludziom dobrze zaufać. Bardzo dziwne wydawało się nie słuchanie, kiedy w pierwszym momencie była tak przejęta... Nie czekał na odpowiedź, kontynuował jeszcze łagodniej, zniknęło również zdziwienie z jego facjaty. - Nie ma potrzeby się stresować czy denerwować. - Uspokoił ją. - Pytałem, czy ma panienka jakie pytania. - Uśmiechnął się lekko, bo w zasadzie było to dość zabawne - pytał, czy ma pytania, a ona pytała, o co pytał, więc musiał jej powtórzyć... i tak to szło. - Co sprawiło, że była panienka taka rozkojarzona? Proszę podzielić się ze mną swoimi przemyśleniami. - Zachęcił ją łagodnie, stojąc wyprostowanym, z dłońmi założonymi za plecy.