Elaine była kobietą – jednorazowe miłości mogłby się zmienić w jej przypadku w niewielki błąd, dziewięć miesięcy bez występów i całe lata wskazywania palcami. Zdawała sobie sprawę, że seks, miłość ta jednorazowa dla mężczyzn była czymś innym niż dla kobiet. One wiele ryzykowały pozwalając sobie na drobne uniesienia, na zapraszanie nicponi do swoich mieszkań, czy przyczep – dlatego Elaine nie ryzykowała, chowała swoje serce i pożądanie przez mężczyznami. Obserwowała ich z daleka, nie dotykała, nie pozwalała sobie na angażowanie się. Laurent jednak zbił tę cienką ścianę, która miała ją chronić przed błędem, przed potępieniem, wkradł się w zakamarki jej serca, życia, zagarnął jej swoją uwagę i pozwolił na egzystowanie wokół jego własnej orbity. A może to ona pozwoliła jemu na to? Nie wiadomo, ciężka zagwozdka. W tym momencie oni w piękny sposób przedstawiali proces oswajania emocji, relacji, przyjaźni, miłości. Po prostu byli jak dwa dzikie stworzonka, które próbowały się do siebie zbliżyć bez zabijania siebie nawzajem i szło im to naprawdę pięknie, przyjemnie i prosto.
– Moje słoneczko – szepnęła cicho i subtelnie wpatrując się nadal w ten sam sposób. Miała ochotę wyciągnąć do niego dłoń, dotknąć je twarzy, a potem znowu poczuć jego usta na swoich. To powodowało, że na jej policzkach pojawiały się urokliwe rumieńce, że pragnęła takich niestosownych rzeczy. Dla niej one takie nie były, ale wiedziała, że w świecie Laurenta bliskość z drugą osobą nie była codziennością, była zarezerwowana dla osób, które łączyło coś więcej niż przelotna znajomość zrodzona z przypadku.
Ten egoizm i pewność siebie, którą wykazywał się Prewett; Elaine naprawdę polubiła. Przyjemnie się jej robiło, gdy mówił do niej w ten sposób, gdy próbował być tym łowcą pakującym ją w swoje dłonie, niczym myśliwy z Królewny Snieżki, który ratował ją przed śmiercią. Nie chciała być przez niego wypuszczana, nie chciała być porzucona, pogrzebana, ale wiedziała, że nie mogli siebie nawzajem blokować i ograniczać. Chciała być zagarnięta, chciała, aby pokazał jej jaki świat jest naprawdę. Gdzieś w sercu chciała, aby pokazał jej brutalność świata ludzi nie z cyrku. Kredki, którymi Elaine malowała świat były kolorowe, nie było w nich miejsca na szarość, a gdy się takowa pojawiała Bell szybko zamalowywała ją na kolorowy. Nie chciała zalewać świata innych bezbarwność, nie chciała też malować go na czerwoną krwistą i nienawistną, a także tą morderczą, demona, którego w sobie chowała nie chciała przed nikim odkrywać, ale wiedziała, że kiedyś będzie musiała to zrobić przed Laurentem.
– Nożami zajmuje się Flynn. Ja tańczę, występuję i pokazuję wszystko, co czuję. Mam tutaj swoje miejsce do ćwiczeń i zazwyczaj z tego korzystam, gdy chcę dać upust jakimś emocjom. Wiem, że niektórzy piszą pamiętniki, ale niestety ja nie mogę – uśmiechnęła się czując się odrobinę uradowana, że będzie mogła zatańczyć tylko dla niego. Czasami czuła się źle, gdy patrzyli na nią obcy mężczyźni, ale Laurent nie był obcy, był odpowiedni. Uśmiech się poszerzył – Gdyby mi się nie podobało nie patrzyłabym się. Cieszę się, że mogłam cię poznać. Wprowadziłeś w moje życie przyjemne wyczekiwanie na nasze spotkania – odpowiedziała mu.
– Na co masz ochotę? Na spacer? Taniec? A może rozmowę? – zapytała. Nie pytała go, czy ona mu się podobała. Widziała to w jego oczach, że była przyjemnością w jego życiu, a poza tym miała na tyle pewności siebie, aby wiedzieć, że jest ładną osobą.