Adrenalina? Stres? Odwaga? Co dokładnie sprawiło, że Erik w momencie wspinaczki na pryczę tak późno zorientował się, że ręka boli go trochę mocniej niż powinna? Sam zapewne chciałby poznać odpowiedź na to pytanie, jednak gdyby już miał zgadywać, to zrzuciłby winę na karb całego doświadczenia, jakim była wizyta na tym statku. Nawet dla tak doświadczonego brygadzisty, który przez lata wyrobił sobie nie ladę renomę w biurze, statek widmo okazał się czymś, co po prostu nadszarpało jego nerwy. I to do tego stopnia, że obecnie liczyło się dla niego tylko i wyłącznie to, aby opuścić pokład: bez względu na trudności i bez względu na ból, jakiego doświadczy po drodze.
Zapewne dalej próbowałby się dostać na górny pokład, gdyby nie to, że zaczęły na niego opadać krople jakiejś substancji. W pierwszej chwili wydawało mu się, że to deszcz. Może na górze trwała tak intensywna walka z żywiołem i żywymi trupami, że teraz wydrążono już dziurę, przez którą widać było nocne niebo? Niestety, prawda okazała się nieco gorsza, gdy okazało się, że konsystencja cieczy wcale nie przypomina wody, a... oliwę. O nie, nie, nie, nie..., pomyślał Erik, rozglądając się gorączkowo na prawo i lewo. I wtedy zdarzył się cud.
— Dzięki Merlinowi! — wysapał, gdy zobaczył w drzwiach kajuty Laurenta i Stanleya i Anthony'ego. — Walczyliśmy z jakąś wiedźmą, podpaliliśmy ją, a potem... Chyba ona podpaliła nas?
Erik przyjął pomoc Prewetta, pozwalając się poprowadzić ku wyjściu. Jaki inny wybór miał? Gdyby próbował dalej walczyć na własną rękę, prawdopodobnie i tak przegrałby tę potyczkę w trakcie wspinaczki. A tak po prostu starał się skupić na tym, aby dotrzymać kroku reszcie czarodziejów. Może jednak uda im się uciec stąd w jednym kawałku?
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞