Nie pamiętał. Przebłyski pamięci nie były nadal czymś, co chciał całkowicie odkrywać przed samym sobą i wcale nie chciał się skupiać nad tym do końca, nawet jeśli muskał przestrzeń swoich wspomnień z tamtych czasów przez spotkanie z Nicholasem. Chciał jakoś się upewnić, ile w tym było dziwnych majaków jego otumanionego umysłu, a ile żałosnej prawdy. Nie będzie tutaj zaskoczenia - nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Biała twarz kobiety potrafił kryć bardzo wiele defektów - ta Laurenta nie była w tym wcale gorsza. Nie nosił pudru na nosie i nie miał pociągniętych oczu kredką czy cieniem, jak pięknie niewiasty ubierające pociągające sukienki, ale to by dopiero było - malujący się mężczyzna... Nawet jeśli makijażu nie było - oczy potrafiły kryć wiele. Usta potrafiły wiele pominąć. Uszy mogły udawać, że wcale nie słyszą. Obraz tamtej przeszłości to był miraż. To nie był nawet on. To była wypaczona, obrzydliwa wersja jego samego. Kiedy spoglądał teraz na Nicholasa to miał tą myśl. Obrzydliwe. On sam, Nicholas również, wszystko, co się tam działo. Ta myśl jednak nie miała odniesienia względem emocji. Owszem, w jakimś stopniu przepłynęła przez niego, ale nie była na tyle silna, żeby zmienić jego mimikę. Lekko tylko zmarszczył brwi, ale to w zastanowieniu. W tym, jakie było to wyzwalające uczucie patrzeć na tego człowieka będąc... obnażonym. Patrzeć na to, jaki jest niedostępny i nieprzystępny, a jednocześnie wcale taki nie był w obyciu. Manipulant. Czy to był jeden z tych złych ludzi, przed którymi mama ostrzega swoje dziatki nim jeszcze wyjdą do szkoły? Tacy, którym się nie ufa, nie bierze od nich cukierków i nigdy nie wpuszcza do domu? Och, nawet sobie nie zdawał sprawy, jak bardzo...
- To było żartobliwe z mojej strony. - Wyjaśnił Nicholasowi, nie pozostawiając tutaj złudzeń, że teraz Laurent zamierzał się cofać do progu "wcale się nie znamy". Ależ skąd! - Czarną kawę. - Poprosił kelnerkę, która podeszła za gestem Nicholasa. Co zresztą trochę Laurenta zaskoczyło - ten gest. Nie to, że o kawie zapomniał, a skądże. Natomiast zdecydowanie nie nawykł do tego, że musi ganiać obsługę. Był bardzo przyzwyczajony do tego, że raczej to obsługa lata wokół niego i upewnia się, że niczego mu nie brakuje. Tym nie mniej gest ten uznał za miły. O, proszę bardzo. Nawet potrafił się uśmiechać, to naprawdę pocieszające. Podzielił się swoim geniuszem, bo w zasadzie jego też to bawiło. A czemu miałby nie? To było nowe doświadczenie, dość obce, może potencjalnie głupie. Ciągła niepewność między tym, że mieli na siebie bardzo brzydkie haki była... o zgrozo, w życiu nie sądził, że o tym pomyśli... ale była ekscytująca. W tym wszystko było coś dziwnie... hm... nie, ciągle nie był pewien, jak to określić, w jakich ramach umieścić. Ale chciał się dowiedzieć. I jednocześnie wcale nie zamierzał się oddawać tym odczuciom i poszukiwaniom tak po prostu. Miał jeszcze jakieś resztki rozumu. Ludziom nie wolno było ufać, oj nie. Tym bardziej tym, którzy byli na Nokturnie.
- Czemu wróciłeś? - Nicholas zdecydowanie nie należał do rozgadanych osób i chyba nawet nie przepadał za byciem... przepytywanym? Nie chciał z tego robić sesji detektywistycznej, natomiast był ciekaw. A w końcu jak inaczej nawiązywać relację czy dialog niż nawiązując płynne odpowiedzi? No właśnie. Takim sposobem też padło pytanie z drugiej strony. Trochę zaskoczony uniósł brwi, ale to szybko minęło. - Tak. - Odpowiedział po krótkiej chwili, ale w zasadzie nie widział potrzeby ukrywania tego. - I zarazem nie. - Bo to nie było wcale zero jedynkowe. - Chciałbym... żeby wszyscy mieli dobre intencje i dobre serca. Ale niektórzy są po prostu okrutni. Zaprosisz ich do ogrodu, żeby mogli podziwiać kwiaty, więc wyrwą wszystkie z korzeniami i uciekną. Bo podziwianie to dla nich za mało. Kwiat - byle swój. Nie szkodzi, że zostawiają za sobą zniszczenie i że w ogrodzie więcej ten kwiat już nie zakwitnie.