01.11.2023, 10:10 ✶
Kości znowu nienawidzą npc, a kochają nas
Tej nocy było tak, jakby dziewczyny wręcz nie potrafiły popełnić błędu. Może Victoria przynosiła szczęście Brennie - normalnie regularnie wpadająca we wszystkie istniejące i mogące zaistnieć dziury w pobliżu i rzucana o połowę drzew w okolicy. W każdym razie zaklęcie Lestrange znowu podziałało, a chociaż czarnoksiężnik usiłował zacisnąć palce na różdżce... ta umknęła z jego rąk i pofrunęła gdzieś w ciemność.
Brenna nie czekała.
Wilczyca wypadła spod stolika i skoczyła na mężczyznę, teraz rozbrojonego i nie mającego szans na skuteczną obronę. Przemieniła się już w momencie, w którym go obaliła i sięgnęła ku jego rękom, by skuć je wydobytymi z kieszeni kajdankami.
- Jesteś aresztowany pod zarzutem stosowania czarnej magii i jako podejrzany we współpracy z kłusownikami... a potem dorzucimy do tego jeszcze parę rzeczy - obiecała Brennie, nie zwracając uwagi na to, że człowiek szarpał się i przeklinał. Chociaż wionęło od niego czarną magią, nie był dobrze zbudowany i z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie został sprowadzony "do parteru". Jego towarzysz z kolei wciąż spoczywał na ziemi, pozbawiony przytomności. - Tori? Skujesz jego kolegę? - zawołała Brenna, ale zaraz - wciąż przyciskając drugą ręką mężczyznę do ziemi - schwyciła za różdżkę, kiedy drzwi wejściowe zaskrzypiały. Ktoś bez wątpienia otworzył je zaklęciem.
Brenna na całe szczęście nie posłała od razu czaru na dzień dobry, bo na progu nie stanął żaden kolejny czarownik, a jeden z Brygadzistów.
- Cześć, chłopcy - powiedziała Brenna, uśmiechając się po wariacku. Adrenalina opadała, wszelka obawa, jaką czuła wcześniej ulatniała się, i teraz pozostało w niej głównie zaskoczenie, że... do licha... poszło tak łatwo. Jakim cudem? Zaskoczenie, które zamieniało się w niepasujące do sytuacji rozbawienie. - Spóźniliście się na całą zabawę!
Tej nocy było tak, jakby dziewczyny wręcz nie potrafiły popełnić błędu. Może Victoria przynosiła szczęście Brennie - normalnie regularnie wpadająca we wszystkie istniejące i mogące zaistnieć dziury w pobliżu i rzucana o połowę drzew w okolicy. W każdym razie zaklęcie Lestrange znowu podziałało, a chociaż czarnoksiężnik usiłował zacisnąć palce na różdżce... ta umknęła z jego rąk i pofrunęła gdzieś w ciemność.
Brenna nie czekała.
Wilczyca wypadła spod stolika i skoczyła na mężczyznę, teraz rozbrojonego i nie mającego szans na skuteczną obronę. Przemieniła się już w momencie, w którym go obaliła i sięgnęła ku jego rękom, by skuć je wydobytymi z kieszeni kajdankami.
- Jesteś aresztowany pod zarzutem stosowania czarnej magii i jako podejrzany we współpracy z kłusownikami... a potem dorzucimy do tego jeszcze parę rzeczy - obiecała Brennie, nie zwracając uwagi na to, że człowiek szarpał się i przeklinał. Chociaż wionęło od niego czarną magią, nie był dobrze zbudowany i z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie został sprowadzony "do parteru". Jego towarzysz z kolei wciąż spoczywał na ziemi, pozbawiony przytomności. - Tori? Skujesz jego kolegę? - zawołała Brenna, ale zaraz - wciąż przyciskając drugą ręką mężczyznę do ziemi - schwyciła za różdżkę, kiedy drzwi wejściowe zaskrzypiały. Ktoś bez wątpienia otworzył je zaklęciem.
Brenna na całe szczęście nie posłała od razu czaru na dzień dobry, bo na progu nie stanął żaden kolejny czarownik, a jeden z Brygadzistów.
- Cześć, chłopcy - powiedziała Brenna, uśmiechając się po wariacku. Adrenalina opadała, wszelka obawa, jaką czuła wcześniej ulatniała się, i teraz pozostało w niej głównie zaskoczenie, że... do licha... poszło tak łatwo. Jakim cudem? Zaskoczenie, które zamieniało się w niepasujące do sytuacji rozbawienie. - Spóźniliście się na całą zabawę!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.