Miękko oparła się o barierkę statku, zupełnie jakby miała omdleć, zamiast tego jednak, wychyliła ostatni łyk szkarłatnej cieczy zalegającej w naczyniu, zwolna obmywającej jego ścianki, chybocząc się leniwie. Uśmiech wstąpił na jej wargi zupełnie nieproszony; bo przecież choć Alexander pojawiał się i znikał w jej okrutnym życiu, czuła tlącą się na dnie serca potrzebę bycia przy nim. Tego, jak otulał miękko ramionami jej łydki, błagając każdorazowo o przebaczenie; tego, jak oświadczał się jej miliony razy tym tlącym spojrzeniem umykającym z jego bladych tęczówek; tego, jak wysyłał jej listy, będąc skrajnie naćpanym; tego, jak kochał ją od początku do końca, bezkreśnie i ograniczenie. I choć nigdy nie spojrzałaby sobie w odbicie lustrzane, przyznając, że ma do niego słabość – ponad wszelką wątpliwość miała. Do tych skutych chłodem dłoni, spojrzenia stalowego, które miękło tylko gdy spoglądał na nią, rozmierzwionych włosów, które odgarniała mu kosmykami z czoła.
Jedno westchnięcie zamierające na wargach świadczyło o tym, co niewypowiedziane. O tym, jak mocno była do niego przywiązana i – między bogiem a prawdą – wzięłaby ten cygański, absurdalny ślub nawet będąc najzupełniej trzeźwą.
Była żoną.
Tytułowanie się w ten sposób budziło w niej niechybny lęk, którego nie potrafiła wyzbyć się z klatki płuc, odbierał jej oddech. Nie znosiła wszak zobowiązań i konwenansów; brzydziła się wszystkimi pannami sprzedawanymi jak jałówki na targu, tylko po to, aby dobić lukratywnego interesu oraz rodzić dzieci. Cóż, jej powicie potomstwa nie groziło – przed Alexandrem jednak, nie musiała tej wadliwości utajniać; miała dość kłamstw, w szczególności po związku z Leandrem, który obfitował w obłudę.
– Młodej pary? – rzekła bardziej odpowiedzią niż pytanie, parskając śmiechem. – Nie przesadzajmy, Diano. Ale mogę ci pokazać obrączkę, o dziwo nie jest zrobiona z drutu i taśmy klejącej – dodała po chwili. – Naturalnie nie noszę jej na palcu, ale zawsze mam ją przy sobie – dodała, wyjmując z torebki łańcuszek, na którym wisiała okrągła ozdoba. – Spójrz na grawer – zastukała palcem w metalową powierzchnię, skupiając wzrok na niewielkim napisie w wewnętrznej części: moja.
Uniosła łańcuszek między palcami, obserwując chyboczącą się na jego krańcu obrączkę, jednak po chwili schowała ją na powrót do alkowy tajemnic.
Alexander kochał ją poprawnie. I choć rozbijali się często o masyw nienawiści i agresji, między wierszami kochali się bezkreśnie; z każdym spotkaniem to uczucie przybierało na sile i tym trudniej było im się rozstawać.
Dnie i noce na pokładzie statku mijały wartko, osnuwając wonią morskiej bryzy i rozbijających się o statek pienistych fal. W pewnym momencie Loretta kwestionowała swoje beznadziejne wybory – bo może faktycznie trzeba było przełknąć dumę i żyć dalej?; ona jednak, buńczuczna i niejednokrotnie awanturnicza, nie potrafiła odpuścić w porę. Teraz jednak nie było wyjścia i choć wiedziała o tym żegnając ląd, wychodząc na obcą, amerykańską ziemię, uczucie zastało ją zdwojone.
Chwyciła Dianę za dłoń, schodząc po kładce między statkiem a ziemią i dopiero gdy zatrzymała się, czując promienie słońca muskające skórę, zdała sobie sprawę z nieodwołalności całego planu, kąpanego w piekielnych ogniach.
– W jaki sposób to robimy? Chcesz od razu się do niego wybrać, czy może później? Mamy parę dni w końcu… – zamilkła, w myślach ważąc słowa. – Fajnie byłoby się upić i chodzić gdzie nas nogi poniosą. Myślę, że mimo wszystko najpierw powinnyśmy go ukarać.