Murtagh zawsze lubił oglądać Lorettę "przy pracy". Niezależnie od tego czy z namysłem i uważnością maczała w farbie pędzel, aby potem nagłym, drapieżnym ruchem rozprowadzić farbę po płótnie, czy malowała na kanwie ludzkiego ciała i emocji, za pędzel mając swoją różdżkę a za farbę krew i strach. Była artystką w każdym calu - jak gdyby nie potrafiąc wyrazić drzemiących w niej głęboko emocji, zamieniała je w sztukę, tak samo jak on robił to nieraz z wierszami.
Kiedy Loretta przejęła od niego pałeczkę, zwracając się do niego a potem do dziewczyny, która chyba sama nie zdawała sobie jeszcze sprawy w jakie bagno się wpakowała, on sam wycofał się. Przyjmując bardziej bierną postawę, założył dłonie na piersi, uważnie przyglądając się interakcji dwóch kobiet.
Musiał przyznać, że uwielbiał kiedy Lestrange’ówna zrzucała z siebie wszelkie maski, bariery i zahamowania, pozostawiając tylko czystą nienawiść do wszystkiego co żywe i rozkosz w zadawaniu bólu. Dla niego, krzywdzenie innych było sposobem na zachowanie i umocnienie kontroli nad światem zewnętrznym i wewnętrznym. Dla niej to było wyrwanie się z pęt norm społecznych, oczekiwań i wychowania.
Klątwa, którą kobieta rzuciła na związaną dziewczynę sprawiła, że oczy młodej reporterki już nie delikatnie, ale mocno się zaszkliły, zaś po jej policzkach popłynęły łzy. Murtagh poczuł iskierkę irytacji. Widok płaczących kobiet zawsze działał na niego jak płachta na byka.
- Przestań się mazać!- warknął, podchodząc do niej i uderzając ją w policzek z mocą, która sprawiła, że jej głowa odskoczyła w bok. Przez chwilę dziewczyna była tak zszokowana, że naprawdę przestała płakać a potem jej twarz wykrzywiła maska bólu i uporu.
Nie. Nic wam… nie powiem. - jej głos był cichy i słaby, ale było widać, że nie zamierza tak łatwo się im poddać, chociaż mieli nad nią ewidentną przewagę.
Murtagh zacisnął szczęki. Cóż, przynajmniej przestała płakać. Dużo bardziej wolał takie co stawiały opór, od takich, które zalewały się łzami i błagały o litość. Mężczyzna odstąpił od dziewczyny, niejako oddając scenę Żmiji. Sam podszedł do ulokowanego pod oknem biurka, zdjął z ramion płaszcz i marynarkę i je na nie odłożył. To robiąc cały czas myślał nad tym co wiedział o siedzącej przed nimi dziewczynie i w jaki sposób mógł to wykorzystać przeciwko niej. Jak zadać jej ból, jak ją złamać, jak sprawić, żeby ujrzała świat ich oczyma - wykrzywiony, zły i obojętny na cierpienia żyjących w nim ludzi.
- Masz chłopaka? Na pewno masz, taka ładna buzia, takie krąglutkie cycki…- mówiąc to wrócił z powrotem do dziewczyny, aby podziwiać co przez chwilę jego usunięcia się w cień zrobiła jej Loretta. Kiedy mówił o jej cielesnych zaletach, dotknął jej przez więzy w natarczywy, niedelikatny i lubieżny sposób. - Jak się nazywa? - zapytał, celując w jej stronę różdżką. Chciał, używając legilimencji, wyciągnąć z niej jak najwięcej prywatnych i intymnych informacji.
Sukces!