Nauczyła się budować coś na podwalinach niczego; uczucia na nieżyznej glebie, emocje pośród ciernistych krzewów, afekt pośród topiącej, wzburzonej wody. Tonęła wszak z każdym słowem, który opuszczał usta – rozpłakane, mokre od rzęsistych deszczów majowych, którymi były jej łzy, toczące szkliste tory po piegowatym, bladym obliczu. Bo istotnie, była bledsza – jakby nie spała od dawna; ciemne cienie pod oczami ujmowały jej uroku, jednak nawet rozpłakana, rozbita w drobny mak, wyglądała nienagannie. Była jak wazon, rozbity, którego nie można złożyć na powrót do pierwotnej formy – pewnie dlatego zdezelowała całą galerię sztuki, pozrywała obrazy ze ścian, uderzała w co się dało, aż kłykcie nabrzmiały krwistymi ranami i siniakami. Tylko Louvain był w stanie ujarzmić ten ciężki do przełknięcia gniew; tę nieopanowaną furię – nie była to agresja, która ją napędzała ku krzywdzeniu innych, smakowaniu się w ich cierpieniu, ta złość niszczyła i pozostawiła po sobie ją – piękną, pustą wydmuszkę.
Prawdopodobnie dlatego była tak doszczętnie zniszczona i sięgając po kolejną szklankę opium nie oponowała, a piła ją gwałtownymi łykami, jakby za wszelką cenę starała się zatopić własny smutek w gorzkim laudanum. Nigdy nie należała do osób, które – w przeciwieństwie do Alexandra – umykały w dłonie zbawiennych procentów, aby poczuć się lepiej; aby poczuć że się żyje. Ją ożywiało krzywdzenie, uśmiechanie się ładnie, brylowanie na salonach i posługiwanie się klątwami, które mniej, bądź bardziej, drażniło ego. A jej ego było wyśrubowane i tak, jak nienawidziła prostoty, nie cierpiała także patosu. Lubiła rzeczy brzydkie, choć nie miało to nic wspólnego z potworami Felliniego; uciekała całe życie do nieoczywistości; to, że ta nieoczywistość zawierała się w mętnych oczach Mulcibera, było jedynie drobnym szkopułem.
Leander nigdy nie kochał jej, a ona nie kochała go – choć gorliwie mu to powtarzała. Po drugiej stronie stał Alexander, klękający do jej kostek, oświadczający jej się o wiele za wiele razy, a jednak wciąż robiący to na nowo, aż do walentynek. Nie wiedziała, jaki diabeł spoczął na jej ramieniu, że pijana w sztok poszła z nim do tej cygańskiej przyczepy i wzięła szamański ślub. Naturalnie obrączkę trzymała schowaną pod szufladą biurka, jednak napis jawiący się grawerem moja zabawnie igrał z naszyjnikiem od Yaxley’a, na którym wypisano to samo słowo.
A ona była niczyja.
Zemsta pozwalała na wyzwolenie, jednocześnie zatapiając w mętnej wodzie nieodwołalnego; niszczyła duszę, zajmowała umysł, nie pozwalała od siebie odejść. Była jednak pewna, że prędzej czy później, spojrzy mu w twarz i splunie na zwijającą się na podłodze sylwetkę.
Często o tym fantazjowała.
Myśli wypłowiały, znikając gdzieś między miriadami wspomnień; ostatnie łzy kapały z oczu, otwartych szeroko, szepczących tajemnice wszechświata. Bo przecież to ona wniosła do życia Severine ogień; puste słowa, które zawierały się w tym całym tańcu z diabłem.
– Tak, jeśli to dla ciebie nie problem – wydukała po chwili.
Tej nocy zasypiała w nią wtulona, z nosem w jej jasnych włosach, oplatając dłońmi jej rękę. Potrzebowała bliskości, a ta jej ją ofiarowała bezinteresownie, otulając ciepłem jej drobną sylwetkę. Nie wiedziała, jak bardzo ją krzywdziła ową bliskością; wiedziała jednak, że ta jedna milionowa wszechświata zawarta w ich ramionach tego wieczoru musiała wybrzmieć i koić.
Gdybym tylko wiedziała, Severine.