Była prawdziwą artystką w każdej możliwej sferze życiowej; była gwałtowna i burzliwa, zupełnie niemetodyczna i tchnąca bardziej świeżą intuicją, aniżeli jakimkolwiek zwięzłym planowaniem. Rozumiała ludzi na wielu poziomach, percepcyjnie niegłupia, wiedziała, które sfery zadziałają najsolidniej na wrażliwe unerwienie. Umiała mącić, rzucać uroki i kąpać się w tym sowitym akwenie własnego niechybnego zwycięstwa. Bo przecież chciała być tą dominatur, władczynią wszechrzeczy, która ugnie się pod naporem jej jestestwa. Już niebo, pękając nad nią rzęsistym deszczem, objawiało upadek moralny, który gotowała dla niej buńczuczna przyszłość.
Nie tchnęła w końcu mrokiem. Nie była groźną, nokturnią wiedźmą, o aparycji nieciekawej i złu wzierającym aż w głąb szpiku, trującym krew wartko płynącą w żyłach. Raczej ładna niż brzydka, towarzyska i pogodna, mroki duszy skrywała głęboko pod woalką urokliwego uśmiechu wykrzywiającego wargi, ukazując odrobinę nierówne kły. Była przede wszystkim namacalna; nieprzerysowana, istniejąca, rzeczywista. Ludzie tracili dla niej głowę z wielu powodów – w myślach aż zadźwięczały słowa Borgina lubię, jak jesteś taka.
Taka, czyli zniszczona do reszty; taka, czyli agresywna i niepohamowana; taka, czyli krzywdząca bez krztyny sentymentu i ludzkich odruchów – była nocą, na której rozpościerał się dywan gwiazd tak zdradliwych nieomal, jak całe jej jestestwo.
O Loretcie mówiono, że jest drapieżnikiem.
Murtagh z kolei, był nim w nie mniejszym stopniu. Podziwiała go głęboko, a było to uczucie niespotykane w uwerturze Lestrange; podziwiała wyłącznie siebie, najchętniej przed lustrem, z uśmiechem wlepionym na różane, drżące wargi. On jednak był zgoła inny od mężczyzn, którzy ją otaczali wianuszkiem – nie starał się do niej zbliżyć usilnie, co z kolei wiodło jej zainteresowanie ku jego osobie. Wspólne eskapady kończące na ogół czyjeś życie, wpisały się już w ich kanon; o dziwo, to ona była złym gliną.
Głuchym dźwiękiem odbił się policzek wymierzony kobiecie.
Loretta z kolei dopalała papierosa, obserwując, jak Murtagh podchodzi do dziewczyny – jej imię nie interesowało ją wcale – dopiero gdy zgasiła obcasem niedopałek, podeszła bliżej, pochylając się ku niej. Przeraźliwy krzyk przeciął sztyletem przestrzeń, a ku Macmillanowi wezbrały miriady wspomnień i myśli ofiary. W pierwszej mierze była to rześka łąka, prawdopodobnie na terenach Little Hangleton, zmierzał tam ku niej ryży mężczyzna, który po chwili splótł z nią palce i opadł na miękki, mszysty dywan. Jego twarz, wyraźnie uwydatniona, musiała zapaść Murtaghowi w pamięć.
Kolejny salwy szlochu nie mogła przetrawić.
– Będę kulturalna, więc tylko zapytam: czy możesz wreszcie zamknąć ryj? – syknęła ku dziewczynie, mierząc ku niej różdżką. – Crucio! – zawyrokowała, a dłonie aż ją mrowiły.
Akcja nieudana