01.11.2023, 20:46 ✶
Gdyby los miał splątać ścieżki tak, że Pandora i Laurent nie przejęliby pozycji głowy rodu, a Florence przyszłoby przyjąć nazwisko matki i jej dziedzictwo, pierwszym co by zrobiła, byłoby spalenie tego tronu i rozsypanie popiołów na wszystkie strony świata.
Edward tkwiąc na nim nie wiedział, w którym momencie należy wstać. A ona? Czemu miałaby potrzebować takich ozdobników?
Wszak królowa nawet na zwykłym krześle pozostanie królową.
Kundel choćby usiadł na najwspanialszym tronie wciąż będzie tylko psem.
Florence zaś może i była trochę niepozorna, nudna w swojej schludności, umiłowaniu porządku, w życiu toczącym się ściśle według harmonogramu. Pozostając trochę z boku, nie mająca wielu znajomych i skupiona głównie na pracy. Ale już gdy miała dwanaście lat, głowę nosiła tak, jakby spoczywała na niej korona.
Zamykanie w wieży, na litość Merlina. Ten człowiek kompletnie już oszalał.
– Może wezwiesz od razu szefa ochrony, Edwardzie? – spytała, nim choćby jedno słowo padło ze słów mężczyzny, bo jasnowidzenie tym razem doskonale zadziałało i wiedziała, co chciał wykrzyczeć. – Bo chyba trochę się boisz zostać tutaj ze mną sam na sam? – podjęła, wciąż bardzo spokojnie.
Nie oderwała jednak w tym czasie wzroku od Laurenta. Nie lękała się, że dostanie zaklęciem w plecy, choć przed oczyma stanął jej obraz Edwarda chwytającego za różdżkę – tak jakby była jasnowidzem, w tej chwili całkiem skupionym na przewidywaniu każdego posunięcia Prewetta. Zdąży rozproszyć magię.
Bo nie. Nigdzie się nie wybierała.
- Dobra odpowiedź. A teraz wstań, Laurencie Prewett - poleciła, sięgając wolną dłonią, by pomóc młodzieńcowi się podnieść. Być może Laurent musiał jeszcze się zahartować i nauczyć stawiać czoła takim sytuacjom, i tak, bardzo chciała, by posiadł tę umiejętność. Ale nie zamierzała zmuszać go do tej nauki teraz, posypując solą rany.
W tej chwili Florence chciała przede wszystkim go stąd wypchnąć, ale musiała najpierw przekonać się, czy w ogóle zdoła się podnieść z podłogi.
Edward tkwiąc na nim nie wiedział, w którym momencie należy wstać. A ona? Czemu miałaby potrzebować takich ozdobników?
Wszak królowa nawet na zwykłym krześle pozostanie królową.
Kundel choćby usiadł na najwspanialszym tronie wciąż będzie tylko psem.
Florence zaś może i była trochę niepozorna, nudna w swojej schludności, umiłowaniu porządku, w życiu toczącym się ściśle według harmonogramu. Pozostając trochę z boku, nie mająca wielu znajomych i skupiona głównie na pracy. Ale już gdy miała dwanaście lat, głowę nosiła tak, jakby spoczywała na niej korona.
Zamykanie w wieży, na litość Merlina. Ten człowiek kompletnie już oszalał.
– Może wezwiesz od razu szefa ochrony, Edwardzie? – spytała, nim choćby jedno słowo padło ze słów mężczyzny, bo jasnowidzenie tym razem doskonale zadziałało i wiedziała, co chciał wykrzyczeć. – Bo chyba trochę się boisz zostać tutaj ze mną sam na sam? – podjęła, wciąż bardzo spokojnie.
Nie oderwała jednak w tym czasie wzroku od Laurenta. Nie lękała się, że dostanie zaklęciem w plecy, choć przed oczyma stanął jej obraz Edwarda chwytającego za różdżkę – tak jakby była jasnowidzem, w tej chwili całkiem skupionym na przewidywaniu każdego posunięcia Prewetta. Zdąży rozproszyć magię.
Bo nie. Nigdzie się nie wybierała.
- Dobra odpowiedź. A teraz wstań, Laurencie Prewett - poleciła, sięgając wolną dłonią, by pomóc młodzieńcowi się podnieść. Być może Laurent musiał jeszcze się zahartować i nauczyć stawiać czoła takim sytuacjom, i tak, bardzo chciała, by posiadł tę umiejętność. Ale nie zamierzała zmuszać go do tej nauki teraz, posypując solą rany.
W tej chwili Florence chciała przede wszystkim go stąd wypchnąć, ale musiała najpierw przekonać się, czy w ogóle zdoła się podnieść z podłogi.