Ciężko się dziwić, że intensywność chwili na moment zamroczyła jasnowłosego mężczyznę. Chyba żaden z nich nie był gotowy na tak stymulujący wieczór, biorąc pod uwagę, że gdy oboje przekroczyli próg tego lokalu, mieli zupełnie inne przewidywania względem tego, jak zakończy się ta noc. Jeden z nich przyszedł tu, aby omówić kwestie zawodowe w nieco mniej sztywnej atmosferze, a drugi przez długi czas sam do końca nie wiedział, po co tu przyszedł. Pomimo tego, towarzyszyły im konkretne oczekiwanie, które wraz z chwilą, gdy zasiedli przy jednym stole uległy drastycznej przemianie. Na początku mogło się to wydawać dziwne, obce z uwagi na jakże małą szansę na zaistnienie tych konkretnych okoliczności. A mimo wszystko los zadecydował inaczej, rozkładając karty i pozwalając sprawom toczyć się ich własnym torem.
— Sam sobie robisz pod górkę, wiesz? — skomentował z teatralnym rozbawieniem, podejmując tę grę, przy której zdecydowanie zbyt dobrze się bawił. — Podniosłeś poprzeczkę tą Portugalią i moje wewnętrzne ja będzie pragnęło tylko więcej i więcej. Teraz przy kolacji w restauracji, nie zdradzę nic, bo będę sobie myślał, jak o wiele lepiej by było odbywać taką rozmowę za granicą. Na morzu. Na prywatnym jachcie.
Podczas swojej wypowiedzi gestykulował żywo, jakby ta jawna prowokacja pana Malfoya sprawiła, że coś się w nim, kolokwialnie mówiąc, odpaliło. Właśnie z tego powodu nie powinno się mu mówić, że coś możliwe jest do zrobienia lepiej, bo potem sam to zauważał i zamiast utrzymać standardy w akceptowalnych przez większość społeczeństwie ramach, pozwalał im rozwinąć skrzydła, dopóki nie osiągnęły wymiarów czegoś niemalże nieosiągalnego. Wypuścił ciężko powietrze z płuc, obrzucił kompana spojrzeniem, które dobitnie sugerowało, że teraz to już na pewno któryś z nich będzie musiał kupić ekskluzywną łódkę, po czym parsknął śmiechem, zdając sobie sprawę z irracjonalności sytuacji. Och, alkohol zdecydowanie zaczął na niego działać.
— Prawda? Co tam pożar budynku, wieść o tym, że widziano smoka w okolicy, a na Pokątnej będzie robiony remont? Życie celebrytów, a już zwłaszcza to, jakie robią miny, jest o wiele bardziej fascynujące. Czasami ciężko powiedzieć, czy pismaki wolą, gdy rzucają się sobie do gardeł, czy gdy pozostają ze sobą w na tyle pozytywnych stosunkach, aby można ich było złapać na jednym zdjęciu i zasugerować, że mają romans. — Pokręcił głową, będąc w pełni świadomym, że wystarczy jeszcze parę lat stopniowego wzrostu popularności, a może niedługo sam się zaliczać do tych tak zwanych celebrytów. Zerknął na Elliotta, który akurat przewracał oczami.
Otworzył usta, by zaprzeczyć słowom przyjaciela, jednak w ostatniej chwili się powstrzymał, pozwalając mu w pełni dokończyć. W końcu kto wie, może słowa, które miały za chwilę paść miały być tymi, które wyjaśnią, czemu tak uważa? Cóż, nie było tak, przynajmniej nie w pełni, ale i tak zachęciło go to do wypowiedzenia się.
— Nie w kategorii, gdzie miałbym konkretny plan, jak osiągnąć dany cel i ewentualnie dalej się rozwijać. Brygada wydawała się naturalna przez pracę innych członków rodziny, zachowanie tradycji, sławę rodu, wedle której jesteśmy „mistrzami pojedynków” — wyznał nieco cichszym głosem.
Cieszył się, że Longbottomowie mieli też drugą stronę medalu, tę związaną z działalnością charytatywną. Wprawdzie był to też aspekt ich życia, przez który co poniektórzy zerkali na nich ze zdegustowaniem i niezrozumieniem, ale Erik wierzył, że to pozwalało im zachować swego rodzaju równowagę. Z jednej strony tak wielu jego pobratymców oddało się służbie Ministerstwu, że możliwość przyniesienia równie dużej dawki dobra poprzez prace społeczne był niemalże kojący.
— W sumie był jeszcze taki czas, gdy intensywnie myślałem o quidditchu. Wydaje mi się, że w szkole byłem dosyć dobry. Gdyby tylko nie ta postura, wzrost i ciągłe dopasowywanie miotły... — Westchnął cicho. Westchnął cicho. Chociaż mógł tego nie dostrzegać, tak sam zbijał swoje potencjalne argumenty, jak gdyby chciał umniejszyć wagę swoich dawnych pomysłów na życie. Strach przed tym, jak drastycznie mogłoby się ono zmienić, gdyby wybrał inną ścieżkę? A może zwykłe ubolewanie, bo teraz nie miał już takiego szerokiego wyboru? — Chyba po prostu poszedłem ścieżką, którą wydawało mi się, że muszę iść.
Podczas swojej wypowiedzi o różnych maskach, nie zdawał sobie sprawy z tego, że ruchy jego dłoni są bacznie obserwowane. Kontynuował więc swój wywód, zupełnie tym nie zrażony, pozwalając rozmówcy poddać jego słowa pełnej analizie włącznie z gestykulacją. Bądź co bądź, ten aspekt również potrafił wiele powiedzieć o człowieku i jego zachowaniu.
— Naturalnie. Mamy czas — odpowiedział, jakby faktycznie zamierzał tylko poczekać, aż Elliott weźmie parę głębokich oddechów, aby następnie wrócić do pieśni pochwalnej na jego cześć. Wbił wzrok w mężczyznę, udając, że czeka tylko na jakiś sygnał, który pozwoli mu wrócić do przerwanego tematu. Dopiero gdy zapadła między nimi na chwilę cisza, uśmiechnął się szeroko i machnął ręką. — Żartuję tylko, dam Ci spokój. Na razie. Rozumiem, że na początek to dużo.
Czuł potrzebę, żeby się usprawiedliwić i nieco zmienić nastrój towarzyszący konwersacji, nie chcąc przez pomyłkę sprawić, aby pan Malfoy poczuł się nieswojo lub odczuł jakikolwiek rodzaj dyskomfortu. Nie taki był jego zamiar.
— Dobre spostrzeżenie — zgodził się, wykrzywiając kąciki ust ku górze na widok wycelowanego w niego palca. Musiał przyznać, że sam nie zauważył swojego błędu. Słuchając jak Elliott tłumaczy mu swój tok myślenia, przekrzywił lekko czubek głowy w bok, napawając się poniekąd tym, jak jest przeprowadzony z jednego punktu w logice mężczyzny do drugiego. — Nie jesteś w błędzie, tu przyznam Ci rację. Lubię wierzyć w to, że perfekcyjny scenariusz jest możliwy do uzyskania. Ufam niektórym ideałom, bo są bliskie mojemu światopoglądowi, ale nie uważam, aby wystawianie ich na próbę było czymś złym. Pusta wiara w coś, co przypada nam do gustu, nie sprawi, że uczyni to człowieka czy świat lepszymi. Chociaż trzeba przyznać, że jest to chwilami wygodne. Pewne idee należy wystawiać na próbę, chociażby po to, aby sprawdzić, jak reagują na kontakt z innymi perspektywami.
Są twarde jak skała, czy wyginają się, dostosowując się kształtem do napierającego na nie przedmiotu? Westchnął cicho. Może, gdyby był młodszy, bardziej by bronił stanowiska Leacha, jednak miał świadomość, że świat nie jest tak czarno-biały, jak wszyscy by tego chcieli. Łatwo by było stwierdzić, że jedno spojrzenie na świat jest nieskazitelne i wszyscy powinni za nim podążać, a to drugie jest najgorszym, co tylko mogło się urodzić w ludzkich głowach. Teraz czerń i biel wolała przekształcić się w skali szarości, czyniąc wszystko bardziej zagmatwanym i trudniejszym do zrozumienia.
— Gdybym dopuszczał się takich okropnych czynów, to powiedziałbym, że ich uwielbiam w chwilach, gdy trzeba pozwać jakieś kolorowe czasopismo — zażartował, przekierowując ciężar wymiany zdań z kwestii rodzinnych na dziennikarzy, którzy najwidoczniej musieli służyć tego wieczora za kozły ofiarne. — Ale tego nie robię, więc zamiast tego powiem, że niektórzy są dosyć przyzwoici. Nawet bardziej niż dosyć.
Mocne spojrzenie, jakim został obdarzony, sprawiło, że poczuł się nieco zmieszany. Chociaż przemyślenia, które kryły się za lodowatymi oczami blondyna, pozostawały dla niego zagadką, tak czuł, że wypowiedziane przez niego słowa trafiły na podatny grunt. Dotknęły czegoś w środku, czegoś, co poruszyło jego kompana na tyle mocno, że w perspektywie Erika zaangażował się w rozmowę jeszcze bardziej. I chwilę później dostał na to dowód.
— Cóż, konflikt to ostatnie czemu tej społeczności potrzeba. Parę lat, parę dekad, spokoju na pewno zostałoby należycie docenione. — Pokiwał głową, będąc pod wrażeniem, że Elliott przekazał towarzyszącą mu myśl w tak swobodny sposób. Momentalnie zdał sobie sprawę z tego, jak wiele jeszcze musi się nauczyć, jako mówca.
Co do Leacha dalej miał mieszane odczucia, chociaż teraz o wiele lepiej rozumiał perspektywę tych, którzy mu się sprzeciwiali. Na co dzień wierzył w najbardziej entuzjastyczny scenariusz zdarzeń, jednak nie mógł oczekiwać tego od wszystkich.Ta sprawa zresztą i tak już była zamknięta, przeszłości się zmienić bowiem nie dało. Była to jednak dobra pożywka dla wyobraźni i cieszył się, że udało im się utrzymać swoje emocje na wodzy, wymieniając się swoimi przemyśleniami. Chwała Leachowi, pomyślał z ironią, że to akurat ten człowiek stał się przedmiotem dyskusji dawnych przyjaciół.
— Nie ma o czym mówić. Rozegramy to z klasą tak, aby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Jak dżentelmeni. Unikniemy wszelkich ambros... ambrarasó... Unikniemy wszelkich problemów — poprawił się, poniekąd wbrew sobie akceptując mniej wyrafinowane słownictwo, które wypłynęło z jego ust. Stuknął podirytowany palcem o szkło po piwie. Chyba też wypił nieco więcej, niż powinien, skoro język zaczynał mu się plątać przy tak prostych i ogólnie znanych słówkach, jak ambaras.
Powinien być rozważniejszy, jednak ciężko było zachować umiar, gdy lwią część swojej uwagi poświęcał przede wszystkim swojemu rozmówcy, z którym od dawna nie miał okazji odbyć równie angażującej konwersacji. Poświęcił się tej czynności w stu procentach, toteż nie zawracał sobie nawet zbytnio głowy tym, co pije. Równie dobrze mógł w siebie wlewać jedno z najtańszych piw w lokalu, jak i najdroższych. Poniekąd stanowiło to dowód na to, że w tym spotkaniu chodziło o coś więcej, niż tylko opróżnienie paru kufli kremowego przy niezobowiązującej rozmowie.
— Nie musisz mnie przekonywać. Oczywiście, że cię odprowadzę. — Podniósł się z miejsca i sięgnął po swoje ubranie wierzchnie, czekające na niego na oparciu. Wsunął ręce do rękawów płaszcza, a następnie poprawił kołnierz. — Chociaż, teraz gdy o tym myślę... Zapłacę za drinki przy następnym spotkaniu, a przy jeszcze kolejnym odwdzięczysz się, płacąc za nas obydwu, gdy trafi się okazja. To brzmi jak uczciwy układ, nie sądzisz?
Uśmiechnął się do Elliotta, wyraźnie zadowolony z wymyślonego rozwiązania. Może nie miał na tyle odwagi, aby założyć, że z powodu jednego spotkania w barze, zaczną od razu codziennie spędzać ze sobą czas, jakby nic się nie zmieniło i dalej byli w szkole, jednak... Miał nadzieję. Na tę chwilę mu to wystarczyło. Powoli, z czasem, może odzyskają to, co kiedyś cenili. Teraz jednak jedyną rzeczą, na której powinni się skupić, było bezpiecznie dotarcie do domu. Po dopełnieniu wszelkich formalności związanych z zapłaceniem za alkohol Malfoy i Longbottom opuścili przybytek jednego z wielu londyńskich barów, aby koniec końców zniknąć pośród pogrążonych w mroku nocy uliczek dzielnicy czarodziejów.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞