Wydawało się, że z niektórymi rzeczami jesteśmy pogodzeni. Dobrze się trzymasz, hej, jak leci? Tak, tak, wszystko dobrze. Te same uśmiechy i te same ułożone myśli, że wszystko jest w porządku. Jeśli dopuścisz do siebie myśl, że nie jest w porządku to będą się działy rzeczy takie, jak te.
Utoniesz.
A przecież selkie nie tonęły.
Wyciszony świat był błogosławieństwem. Tylko ten ból serca i tęsknota za czymś, czego nie miałeś i mieć nie będziesz, poszukiwanie dotyku, który tylko czynił cię bardziej nieporadnym. Dotyku, którego nie mogły zastąpić żadne ręce. Nie miał ochoty się wynurzać. Tu było tak dobrze, cicho i spokojnie. Świat połamanych skrzydeł zastąpiony objęciami przyjemnie ciepłej wody, która nie podrażniała jego oczu. Bezwład istniał tylko dlatego, że mu się poddał. Myśl o wynurzeniu się zupełnie nie istniała w jego głowie. Myśl o tym, że kawa stygła i że przecież ktoś ponad wodą na niego czekał. Ktoś, z kim tę podróż odbył, kto będzie się martwił, kto zauważy to zniknięcie. Obrócił głowę w kierunku głębin. Piasku, który nie prowadził do brzegu a dalej - ku otwartym przestrzeniom, choć ograniczona była falami. Wolność definiowana była dla Laurenta intensywniej oceanicznymi wodami niż lotem na grzbiecie abraksana. Wolność... Wydawało mu się, że widział jeszcze ruch zanikający między wbitymi w ziemię skałami, że usłyszał jeszcze ostatnie smutne nuty. Uniósł się w wodzie i sięgnął po to, co każda selkie zrzucała chcąc przybrać ludzką postać. To, co niejeden i nie dwóch czarodziei ukradło pięknym syrenom, żeby nie mogły im uciec do wody - jak kanarki z klatkach, tylko niekoniecznie złotych. To był ten moment, kiedy jego uciekająca, smutna pieśń została przerwana dźwiękiem wzburzonej wody i jego oczy zwróciły się na Philipa zanurzającego się w wodzie. Spojrzał z lekkim strachem w kierunku, gdzie zniknęła mu syrena, za którą chciał podążać, ale chyba Nott nie miał takiego pomysłu. Odsunął się od mężczyzny, który chyba chciał go łapać i machnął różdżką, żeby stworzyć bezpieczną bańkę powietrza. Uśmiechnął się aż z tej uroczej postawy, którą sobą Philip zaprezentował. Bohater. Jego własny bohater na białym koniu, który chciał uratować tonącego! Laurent jednak nie dał się pochwycić - odsunął się jeszcze dalej, żeby umknąć jego ramionom i nasunął futro na swoje ramiona.
W mrugnięciu oka zamiast blondyna w wodzie unosiła się biała jak śnieg, niezwykle smukła (bo chuda) foka, której czarne jak perły oczy błyszczały błogosławieństwem Matki Wody.
Nieporadne na lądzie stworzenie było królem zwinności i szybkości wśród morskich fal. Laurent przepłynął okrążenie wokół Philipa i sam wpłynął mu pod ramię, żeby wyciągnąć go ponad powierzchnię wody. Sam zresztą złapał w nozdrza powietrze, gładko wysuwając się na bok, nurkując, by znów się wynurzyć i spojrzeć na Philipa. Specyficzny dźwięk wydobył się z jego strun głosowych - pocieszny i pełen radości.