02.11.2023, 01:11 ✶
Większość czasu jaki spędziła do przybycia Franka, poświęciła na cierpliwym przeczesywaniu grządek w poszukiwaniu wszelkich wcześniej zasadzonych na nich rośli, które natomiast teraz uległy częściowemu zniszczeniu lub pochowaniu żywcem. Założyła sobie ogrodnicze rękawiczki i tak grzebała, kucając nad kiedyś równiusieńkimi, wypielęgnowanymi grządkami, które były jej dumą.
Bora podniosła na Franka błękitne oczy, przez moment wpatrując się w niego bez słowa. Chciała podzielić się z nim pełnią swojego nieszczęścia, ale prawdę powiedziawszy, nie była chyba pewna kto właściwie psom na to wszystko pozwolił. Kto wypuścił je beztrosko z domu, tego nie wiadomo, ale przynajmniej Brenna bohatersko ukróciła ich niszczycielskie zapędy. Pokręciła więc głową, usta zatykając rąbkiem rękawiczki, za który złapała zębami, żeby ją łatwiej ściągnąć, bez brudzenia sobie mankietów.
- Jak cudnie - Dora klasnęła niemal w dłonie, uśmiechając się do niego szeroko, słysząc że będąc mieć tyle rąk do pomocy. Zsunięte z dłoni rękawice włożyła do kieszeni szerokich ogrodniczek, które na siebie założyła. Widok jej w takim stroju był co najmniej nietypowy, bo spodnie nosiła prawie nigdy. Tak samo jak Brenna cały czas w nich śmigała, tak ona ukochała sobie spódnice i teraz, nawet jeśli tego nie było po niej widać, czuła się odrobinę niezręcznie.
Nie musieli też z Frankiem długo czekać, niczym jak książę na białym koniu wjechał pan Abbott i towarzysząca mu Alice. Crawley szybciutko pozbierała się z klęczek i podchodząc szybkim krokiem, a może nawet podbiegając do gości i wiązanych przez nich koni.
- Dzień dobry - przywitała się grzecznie, łapiąc po drodze całkiem zwykłe wiadro. - Dziękuję z całego serca za przybycie, niech Bogini ma was w opiece - pokiwała głową, uśmiechając się do Otto wesoło, a wiadro natomiast stawiając między uwiązanymi końmi. Objęła Alice rękoma, przytulając ją do siebie. - Oh, Alice, bywało lepiej, ale już jest całkiem nieźle. Naprawdę bardzo dobrze cię widzieć - wypuściła ją i machnęła w kierunku wiadra dłonią, rzucając zaklęcie powiększające, tak by zwierzęta mogły wygodnie się z niego napić. Napełniła je też wodą, zaraz po tym odwracając się do zebranych.
- Oczyścić grządki, posegregować ten cały bałagan na to, co jeszcze da się uratować, a co niestety nie wróci do ziemi, przejrzeć zapasy które nakupowała Brenna, a potem zasadzić od nowa. - zaczęła wyliczać na palcach dłoni, jakby nie chcąc o czymkolwiek zapomnieć. - To co nie wróci do ziemi najlepiej nie wyrzucać, bo część można wrzucić do słoiczków na składniki do eliksirów, żebym miała pod ręką - dodała jeszcze, zanim powietrze przeciął krzyk Pottera, a kiedy tylko Crawley wzniosła oczy ku niebu, zobaczyła jak ten pikuje na miotle w ich stronę. Nabrała powietrze do płuc, zatchnąwszy się niemal przy tym i dłońmi sięgając do ust w przerażonym geście i przez moment trwała tak, nawet kiedy chłopak nie zarył w i tak zdewastowane grządki, a zamiast tego podciągnął trzonek ku górze. Zarył w ziemię, przekoziołkował, ale podniósł się, na całe szczęście. Nawet jeśli stał na własnych nogach, Dora wyrwała do przodu, dopadając do niego zaraz.
- Na wszystko co święte, nic ci nie jest? - zapytała, gorączkowo oglądając go sobie, krążąc dookoła niego i podnosząc mu ręce ku górze, tak dla pewności, a potem i otrzepując go ze wszystkiego co wydało jej się podejrzane.
Bora podniosła na Franka błękitne oczy, przez moment wpatrując się w niego bez słowa. Chciała podzielić się z nim pełnią swojego nieszczęścia, ale prawdę powiedziawszy, nie była chyba pewna kto właściwie psom na to wszystko pozwolił. Kto wypuścił je beztrosko z domu, tego nie wiadomo, ale przynajmniej Brenna bohatersko ukróciła ich niszczycielskie zapędy. Pokręciła więc głową, usta zatykając rąbkiem rękawiczki, za który złapała zębami, żeby ją łatwiej ściągnąć, bez brudzenia sobie mankietów.
- Jak cudnie - Dora klasnęła niemal w dłonie, uśmiechając się do niego szeroko, słysząc że będąc mieć tyle rąk do pomocy. Zsunięte z dłoni rękawice włożyła do kieszeni szerokich ogrodniczek, które na siebie założyła. Widok jej w takim stroju był co najmniej nietypowy, bo spodnie nosiła prawie nigdy. Tak samo jak Brenna cały czas w nich śmigała, tak ona ukochała sobie spódnice i teraz, nawet jeśli tego nie było po niej widać, czuła się odrobinę niezręcznie.
Nie musieli też z Frankiem długo czekać, niczym jak książę na białym koniu wjechał pan Abbott i towarzysząca mu Alice. Crawley szybciutko pozbierała się z klęczek i podchodząc szybkim krokiem, a może nawet podbiegając do gości i wiązanych przez nich koni.
- Dzień dobry - przywitała się grzecznie, łapiąc po drodze całkiem zwykłe wiadro. - Dziękuję z całego serca za przybycie, niech Bogini ma was w opiece - pokiwała głową, uśmiechając się do Otto wesoło, a wiadro natomiast stawiając między uwiązanymi końmi. Objęła Alice rękoma, przytulając ją do siebie. - Oh, Alice, bywało lepiej, ale już jest całkiem nieźle. Naprawdę bardzo dobrze cię widzieć - wypuściła ją i machnęła w kierunku wiadra dłonią, rzucając zaklęcie powiększające, tak by zwierzęta mogły wygodnie się z niego napić. Napełniła je też wodą, zaraz po tym odwracając się do zebranych.
- Oczyścić grządki, posegregować ten cały bałagan na to, co jeszcze da się uratować, a co niestety nie wróci do ziemi, przejrzeć zapasy które nakupowała Brenna, a potem zasadzić od nowa. - zaczęła wyliczać na palcach dłoni, jakby nie chcąc o czymkolwiek zapomnieć. - To co nie wróci do ziemi najlepiej nie wyrzucać, bo część można wrzucić do słoiczków na składniki do eliksirów, żebym miała pod ręką - dodała jeszcze, zanim powietrze przeciął krzyk Pottera, a kiedy tylko Crawley wzniosła oczy ku niebu, zobaczyła jak ten pikuje na miotle w ich stronę. Nabrała powietrze do płuc, zatchnąwszy się niemal przy tym i dłońmi sięgając do ust w przerażonym geście i przez moment trwała tak, nawet kiedy chłopak nie zarył w i tak zdewastowane grządki, a zamiast tego podciągnął trzonek ku górze. Zarył w ziemię, przekoziołkował, ale podniósł się, na całe szczęście. Nawet jeśli stał na własnych nogach, Dora wyrwała do przodu, dopadając do niego zaraz.
- Na wszystko co święte, nic ci nie jest? - zapytała, gorączkowo oglądając go sobie, krążąc dookoła niego i podnosząc mu ręce ku górze, tak dla pewności, a potem i otrzepując go ze wszystkiego co wydało jej się podejrzane.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.