Porównywanie jej do innych kobiet było nie tylko absurdalne; było też zgubne. Nosząca na sobie sowitą pokrywę stworzoną z uwielbienia do cudzego cierpienia i niewysublimowanej pogody ducha, tworzyła mieszankę demonicznie przerażającą. Pewien atawistyczny lęk budziło to, jak jednała sobie przyjazną uwerturą ludzi – z równym angażem lubiła ich łamać, krzywdzić i zamykać w pieczołowicie przygotowywanej szkatułce, łuskanej przez samego Michała Anioła, na wzór wieczystego lęku, który będzie nachodził ofiary bezwiednie w nocy. Ona przecież nie posiadała sentymentów ani skrupułów i przepowiednia, która sączyła się z ust Vasilija dwa lata temu, właśnie się ziszczała, wypłukując zeń resztki ludzkich odruchów i empatii.
Możliwe, że była do tego po prostu stworzona; o nicianych mitenkach oplatających dłonie koronką, sukniach welurowych i w głowie jednocześnie pstro i niespokojnie. Nęciło ją wszak bycie katem – ujmowanie cudzej dumie, sprowadzanie na samo dno Tartaru, w którym demonem był nikt inny, jak ona sama. Nawiedzała swoje ofiary w osnutych objęciami Morfeusza snach, zadając tak niewysłowiony ból, że nieomal namacalny i rzeczywisty.
A poza tym, była przecież radosna i to w sposób zupełnie ogołocony z fałszu. Uśmiechała się urągliwie, kręciła piruety z dżentelmenami – z Murtaghiem także zdarzyło jej się spleść w tańcu i wzrok, którym ją obarczał, mówił więcej, niż ten z pewnością by chciał. Ślizgał się w końcu po jej sylwetce często, spojrzenie odwracając, tylko po to, aby bezpardonowo wrócić do lustrowania jej prezencji. Jako iż Loretta wkładała mnóstwo angażu w nienaganny, choć wyzywający ubiór, wzrok Macmillana przywoływał parszywy uśmiech na jej niewinne, różane wargi.
Rozproszenie wdarło się gwałtownie w umysł, gdy brała oddech, zamachnąwszy się różdżką. Coś przedarło się przez kotarę wspomnień, wsuwając się miękko za kulisy. Może istotnie to była jego osoba?; bez wątpienia jedna ze strun została sowicie naciągnięta, bo zaklęcie się nie powiodło, a ona sama rzuciła tylko prędkie spojrzenie ku Murtaghowi, kiwając lekko głową.
– Postawię sprawę jasno – zaczęła, przechadzając się spokojnym krokiem po pomieszczeniu, gdy ten umknął z jej umysłu. – Będziesz błagała o litość, a może jakaś ludzka część mnie drgnie – nie liczyłabym na to. Krzyki mi przeszkadzają, więc lepiej zamknij ryj, zanim zacznę wyciągać z ciebie prawdziwy ból.
– Mój towarzysz widział Filipa, Fabiana, jakkolwiek ta szlama ma na imię – znalezienie go to kwestia czasu, w dodatku niedługiego. Nabrałaś trochę pokory? – zabrzmiała pytaniem, ognisko ciemnych tęczówek roziskrzając w jej zapłakanym obliczu.
Obserwowała, jak posoka spływa po jej nodze, kapiąc, rozbijając się o podstarzałe panele. Stwierdziła, że skoro jej towarzysz zajął się czynami fizycznymi, ona przejmie pałeczkę, jeśli chodzi o kwestie psychiczne ofiary. Wymierzywszy ku niej różdżką, rzuciła urok, który miał wpłynąć na jej umysł, siejąc nieposkromiony strach. Przed jej oczami rozległa się cała plejada okropieństw, na wizję których, niejeden by się wzdrygnął. Miała poczuć lęk, który zapamięta do końca swego życia; który będzie ją nachodził w snach i nie opuszczał o poranku.
Sukces!