Nie, nie chciał ogólników. Gdyby go miały zadowolić, to mimo wszystko nie szukałby tego spotkania. Nie chciałby spojrzeć jeszcze raz w te zimne oczy, żeby podjąć walkę przeciwko własnym demonom. Och, niemal można by było nazwać tutaj Nicholasa ofiarą, ale jemu nic złego się nie działo. Chyba. Ta ofiara opierała się na tym, że chwilowo był personifikacją problemów i życia, które było wstydliwe, o którym niby lepiej zapomnieć, ale Laurent nie starał się wymazać tego całkowicie ze swojej głowy z prostej przyczyny - to był jego błąd, na którym powinien się uczyć. I przede wszystkim powinien bardziej zaufać ludziom, których miał blisko, a nie starać się o wszystko walczyć samemu. Każdy człowiek posiadał swoją siłę i mocną stronę. Każdy też powinien sobie radzić z dorosłym życiem wśród innych równie dorosłych ludzi, a to już Laurentowi wychodziło różnie. Nicholas był człowiekiem, w którego dobroć i szczerą intencję Laurent uwierzyć nie potrafił. Człowiek, który przyszedł, wziął, co chciał, poszedł. Dobrze wiedząc, z kim robi interes, bo przecież czy ktoś mógł powiedzieć że przychodzi do Dante będąc nieświadomym syfu, jaki ten człowiek sobą reprezentował? Wejść tam i udawać, że nie ma się pojęcia, że nie każdy był tam, bo... chciał? Ha... ależ, Droga Lukrecjo, przecież ty tam być chciałeś. Nikt cię nie związywał linami! Wszystko było tak łatwo powiedzieć, kiedy miało się płaską wersję obrazu i nie widziało jego głębi. Nie lubił spoglądać na powierzchnię, to nie ją lubił, nie ją cenił. Dlatego... chciał usłyszeć, co ten człowiek ma do powiedzenia. Więcej. Właściwie to wolałby usłyszeć coś przykrego, co pozwoliłoby mu postawić kreskę na tym mężczyźnie i nie zajmować sobie głowy tym, że może... że to nie tak, że może jednak, a może ten mężczyzna po prostu potrzebuje jakiejś pomocy. Czegoś lepszego ponad ten zimny świat.
- Mógłbym. Gdybym stąd wyszedł to zabrałbym ze sobą swoją dociekliwość. - Czy to zabrzmiało niemiło? Jak to powiedział to trochę jak szantaż - a wcale nie chciał, żeby to miało taki wydźwięk, dlatego rozwinął wypowiedź. - Nie jesteśmy w niczym zobowiązani do utrzymywania ze sobą kontaktu, a to spotkanie, przynajmniej z mojej strony, jest mieszanką ciekawości i, wstydliwie mówiąc, dozą egoizmu. - Uśmiechnął się łagodnie przez moment, tak wyrozumiale. Jakby doskonale zdawał sobie sprawę z tego, skąd wzięły się słowa Nicholasa, jakby rozumiał czym jest niechęć słyszenia zbyt wielkiej ilości pytań. Bo zdawał sobie. Naciskanie nie było w jego zwyczaju... nie. W zasadzie to potrafił czasami właśnie nacisnąć w najbardziej nieodpowiednim miejscu, tylko niecelowo. Dobrymi chęciami Piekło brukowali. - Egoizmu, ponieważ twoja twarz jest związana z miejscem, którego nie chcę wspominać. To prawie tak, jakbym stawiał czoła swoim demonom. - Nie powinien w zasadzie tego mówić, bo to było dość... personalne, zakrawać mogło niemal na bycie niegrzecznym. A przecież się nie znali. I jednocześnie miał poczucie, jakby znał Nicholasa od lat. - Uprzedzę od razu - nie myślę o tobie w tych kategoriach. Niesiesz ze sobą po prostu mój własny ładunek emocjonalny. - Żeby nie było wątpliwości, że to jego ma za tego demona, albo coś w tym guście. Ludziom za łatwo było odebrać coś opacznie, niezgodnie z życzeniem nadawcy, co wcale nie było dziwne.
- Przykro mi, ale... nie pamiętam. - Nerwowo poruszył dłonią, zgiął palce, wbijając wypiłowane paznokcie w skórę - nie na tyle mocno, żeby ją przebić, rzecz jasna. W jego ramionach nawet nie było na to wystarczającej siły. Czy tak naprawdę było? Czemu nie potrafił mu zaufać? Kiedyś nie miałby problemów z zaufaniem... kiedyś. Ile krzywd potrzebnych było, żeby uważać na drugiego człowieka? - Lubię malować świat. Staje się wtedy piękniejszy od rzeczywistości, która nas otacza. A moralność w oczach ludzi zbyt często przybiera estetyczne walory. Zabijesz motyla - jesteś złoczyńcą. Zadepczesz karalucha - stajesz się bohaterem. - Było naprawdę wiele osób gotowych go bronić. Chronić. Nie był pewien, dlaczego, ale gdyby miał powiedzieć to powiedziałby, że chyba dlatego, że jestem w ich oczach motylem. W ich oczach - bo we własnych widział tylko karalucha.
- Zastanawiam się... czy to twoje odczuwanie, czy może jednak starania wybielenia własnego sumienia. Sumienie... odczuwasz je, Nicholasie? - Zadał to pytanie z rozmysłem, ważąc słowa, robiąc przerwę między słowami "zastanawiam się" a resztą zdania, a potem powtórzeniem słowa "sumienie". Czemu wyglądasz na kogoś, komu skradziono ducha? Powiedział to delikatnie, ciszej, jakby pytał o wielki sekret, który być może nie powinien wychodzić na światło dnia, niemal wręcz śpiewnym tonem w swojej gładkości i czystości.