Związki! Piękna Mercurio, związki to rzecz wyklęta! Nie trzeba, nie powinno się! Podcinała skrzydła i prowadziła do jakichś brzydkich nawyków poszukiwania czegoś, czego mieć nie można, czego nigdy mieć nie będziesz. Albo do czego zostaniesz przywiązana i już nigdy nie uda ci się wyplątać z tych skomplikowanych niteczek. Wiąż się z tym, co bardzo stałe i niezmienne - tak by powiedziały mądre kobiety. Z tym, który zawsze pomoże, o kogo się podeprzesz. Ale, ale - przecież w ludzkie życie wpisane były zmiany. Czy jednak nie? W świecie mody nie unikniesz pozostawienia szpul jedwabiu szmaragdowego w tyle, gdy akurat moda przyszła na czerwone. I tak skakał człowiek i musiał się dopasować, zamiast móc się podeprzeć i poczekać, aż dostosują się do niego. Nie, nie, związki i jego czerwone nitki niech jednak trzymają się z dala, nie pasowały nawet do błękitu oczu Laurenta. Więc tak - to było błogosławieństwo, że z modą nie chodził za dłoń i nie musiał słuchać, że nasz klient - nasz pan, a wszystko, co pan sobie zażyczy musi zostać wypełnione. Nawet jeśli tobie samemu się to nie podoba. Laurent nie znał stanu majętności Rosierów, ale zakładał, że w banku Gringotta spoczywały takie sumy, że każdy smok z legend mógłby się tam wytarzać z rozkoszą. W roli tego smoka Laurent widziałby siebie samego, bo jego zamiłowanie do błysku złota i kamieni szlachetnych zawsze się pokazywała. Gdyby mógł pewnie przybrałby się cały w złoto, a jego dotyk na skórze byłby jednym z tych najprzyjemniejszych w jego życiu. Na szczęście pewne konwenanse (a nawet sporo konwenansów) kultury niekoniecznie zachęcały do pokazywania się w bardziej ekstrawaganckich strojach. Szczególnie, że Laurent bardzo celowo wybierał te proste, jasne, w których wrażenie niewinności dla ludzkiego oka było tylko podkreślone, aby celowo podsyłać do głowy słowo aniołek.
Spoglądając na Merkurię Laurent mógł tylko pomyśleć o Damie z Londynu. Dostojna, pełna niewymuszonej elegancji kobieta, przy której nie musiałeś myśleć, że będzie wysoko zadzierać głowę, bo przecież Damy nosiły ją zawsze wysoko. Każdy jej gest, każdy jej krok - to nie była salonowa kokieteria, jakiej pełno, bo ta kobieta nie musiała się do niej dopinać. Autentyczność tej postaci wpasowywała ją w ramy zdjęć z pierwszych stron gazet, na których każdy chciał oglądać równie naturalnie piękne kobiety, których wyuzdanie nie raziło oczy swoim brakiem kobiecej dumy. A jednak panienka Rosier się na okładkach pierwszych stron gazet nie znajdowała. Laurent wyobrażał sobie ją z długim, orlim piórem w ręce (i to byłoby pióro Wojownika Wspaniałego), z tym samym kapeluszem, jak kryjąc spojrzenia przed błyskiem aparatów podpisuje swoim nazwiskiem własne zdjęcia wyciągane przez jej fanów. Wyobraźnia selkie była jednak zawsze bardzo szeroka. A teraz przede wszystkim wyczuwał to, że już nie byli dziećmi. Teraz byli dorosłymi, którzy już mieli za sobą kilka dobrych lat pracy.
- Strefa komfortu wyznacza czasami bezpieczeństwo zdrowego rozsądku. - Laurent w pełni zgadzał się z tym, że warto próbować nowych rzeczy. Ba! Sam uwielbiał doświadczać, badać, poznawać. Chociaż w tym momencie, kiedy Merkuria odpowiedziała, przestał już myśleć tylko o modzie, w której strefy komfortu swojej się trzymał nie dlatego, że nie chciał próbować czegoś nowego. Nie zamierzał psuć swojego wizerunku, jaki tworzył dla świata. Natomiast zgadzanie się z nią wcale nie przeszkadzało mu wypowiadać się tak, jakby nie do końca tak było. Z ciekawości. Merkuria zarzuciła bardzo skuteczną przynętę na Laurenta, bo jego responsywność na takie dysputy, jeśli były obustronne, była duża. - Idąc tym tropem czy nie lepiej wyznaczyć jednak bezpieczną przestrzeń, gdzie poczucie komfortu jest stałe niż ryzykować zmiany, które mogą przynieść rozczarowanie? Niektóre z takich porażek mogą się ciągnąć za człowiekiem całe życie. Do jakiego stopnia można ryzykować, a gdzie się zatrzymać? - Ping-pong. Stabilne, miarowe odbijanie piłeczki. Bez fałszywych ruchów, bez nagłych ścięć, bez chęci pozbycia się partnera do gry. A jednak uważasz na to, co się dzieje. Zwracasz uwagę. Zainteresowanie Laurenta ułożone już było na Merkurii w pełni. Cokolwiek toczyło się właśnie wokół i o czymkolwiek ich ojcowie rozmawiali - nie miało znaczenia. Chwilowo ten mały świat ograniczył się do kobiety, która postanowiła mu podeptać buty. Niespecjalnie, ale przypadki chodzą czasem po obuwiu.
Zaśmiał się szczerze na ten popis sarkazmu. Wierzył. Wierzył, że to nie było banalnie proste i mógł sobie wyobrażać tylko z tego, co widział, co tworzyła w szkole, że to nie było takie... hop siup. Ale kompletna nagość w przypadku umięśnionych i wytrenowanych sportowców poparłby całym sercem. Niektórzy mężczyźni dobrze wyglądali w garniturach - ale jeszcze lepiej bez niego. Kto nie lubił otaczać się osobami pięknymi, zgrabnymi, smukłymi? Albo umięśnionymi. Pewien kanon piękna wpisywał się w świat i chociaż upodobania były różne, to niektórych od razu nazywano brzydkimi, a innych pięknymi.
- Bardzo się cieszę w takim razie i moje gratulacje. Nie będę się wypowiadał na temat mankamentów sztuki krawieckiej, w Hogwarcie byłem na pewno twoim oddanym fanem. - Ubrał to w bardziej żartobliwy ton, bo nie lubił pustych frazesów w stylu "zasłużony awans!", skoro nie miał żadnego pojęcia o tym, czy zasłużony czy nie. Gratulacje były jednak w pełni szczere. Tak jak w sumie to, że był jej fanem w Hogwarcie. Och jak on się cieszył za każdym razem, kiedy Merkuria mu coś uszyła..! Nie znosił wracać do czasów szkolnych, bo kojarzyły mu się w większości z przykrościami. Ale te akurat momenty... były fantastyczne. - Otworzyłem rezerwat. Chociaż miłości do abraksanów się nie wyzbyłem, więc jeśli być miała fantazję poszukać inspiracji wśród magicznych stworzeń zapraszam do New Forest. - Były osoby, które mógł oprowadzić za darmo, choć biznes kręcił się wręcz wybornie, kiedy czarodzieje chcieli pooglądać sobie ptaszki czy inne hipogryfy w naturalnym środowisku.
- Nie przepadasz za naszym Ministrem? - Podpytał zaciekawiony. Czemu? Co było wyznacznikiem jej zniechęcenia? Laurentowi... było go żal. Żal tych oszczerstw i szkalowania, jakiego dopuszczali się ludzie tylko dlatego, że był mugolakiem. - Hmm... - Obrócił głowę w kierunku sceny, gdzie akurat ustawiano już pierwszą drużynę, ktoś coś mówił, Laurent nawet nie słuchał i nie uważał, co się tam działo. Zrobił taką nietęgą minę, bo w zasadzie to nie wiedział, co o tym myśleć i był zmieszany. - Wydaje mi się, że nasza czarodziejska moda zaczyna czerpać garściami ze świata mugoli? - Zwrócił znów na nią spojrzenie. - Choć akurat, jeśli to prawda, to mógł się powstrzymać... dla własnego dobrego imienia... - Z tym ubieraniem się u mugoli, rzecz jasna. Uśmiechnął się, kiedy nadeszła od niej odpowiedź. - Sądzę, że zmiany, które dążą w kierunku akceptacji i wzajemnego zrozumienia nigdy nie będą złymi zmianami. Dopóki drzemie w tym umiar. - Dopóki granica światów jednak nie jest przekraczana.