Zgrzany od rozmowy i wszystkich związanych z nią myśli, Flynn ściągnął bluzę i przewiązał ją sobie w pasie, po czym westchnął ciężko. Potrzebował dłuższej chwili na zebranie myśli, więc naprawdę długo milczał, chociaż normalnie na takie pytanie od razu by odpyskował, najpewniej grożąc przy tym rozmówcy palcem. Ten człowiek wciąż w nim siedział, wciąż dało się rozpoznać w nim Crowa, ale nabrał też nieco nowego charakteru, odległego od czasów, kiedy byli ze sobą z Cainem blisko. Nie golił już sobie głowy - kolejne potwierdzenie, że rzucił dawne życie, bo za czasów pracowania na Nokturnie, zarzekał się, że włosy zapuszczali tylko kompletni idioci chcący ułatwić mu złapanie ich za głowę podczas bójki. Dziś miał tak bujne, czarne, kręcone włosy, że aż prosiły się o wplecenie w nie palców, co też sam Flynn zrobił, żeby odgarnąć je sobie wreszcie z twarzy. Nie był już nawet pocięty na rękach, o tym jak często chodził w bandażach, przypominały tylko wygojone blizny. Brak wyłamanych palców. Musiał mieć niedawno mocno spuchnięte oko, ale sam przed chwilą mówił, że Bulstrode dał mu w twarz i był tym tak oburzony, jakby naprawdę mocno wykraczało to poza jego codzienność.
- Dziwne jak na kogoś, kto widzi i pamięta absolutnie wszystko. Najwyraźniej naprawdę nigdy o tym nie wspomniałem. Co za bajzel. - Parsknął, bo najwyraźniej go to bawiło. To, jak bardzo potrafił namieszać tym, że nie lubił mówić dużo. - Jak na razie, to wyglądasz na kogoś niezwykle zagubionego, ale ty zawsze miałeś takie spojrzenie.
Podkrążone oczy Bletchleya wyrażały ciekawość, ale ciekawość ukrytą za kilkoma grubymi warstwami zmęczenia. Teraz kiedy ich przytłaczała ta mnogość wspomnień i emocji, on mu jak gdyby nigdy nic okazywał troskę. Musiał się zgubić. Albo w życiu, albo w jego oczach. Chyba jednak bardziej w życiu, bo jak źle musiało się dziać, jeżeli człowiek szukał go tylko po to, żeby na niego spojrzeć z oddali, a później chcieć uciec. A potem jeszcze się do tego przyznać! W świetle tego ciężko było nie wspominać tego, jak Cain do tej pory żył. Tego brudnego mieszkania, którego się tak strasznie wstydził i zawsze próbował w nim posprzątać, zupełnie jakby Crowa miała obchodzić sterta rozrzuconych ubrań. Nie zamierzał drążyć tego tematu na siłę, skoro za pierwszym razem nie zdecydował się odpowiedzieć, ale ciężko było nie podejrzewać, że od tamtego czasu nie poprawiło mu się wcale.
- Zepsuję wszystkie te śliczne wspomnienia,
które nas łączą - odpowiedział mu spokojnie. Jasne, że mógł mu mocniej grozić, bo przecież wiedział o Bletchleyu na tyle dużo, żeby bardzo barwnie opowiedzieć co z takimi informacjami zrobić, ale wcale nie chciał szukać w nim wroga. - Jestem w tym całkiem niezły. Ale wolałbym, żebyś po prostu zachował to dla siebie, o ile w ogóle chcesz tego słuchać. - Bo niby zapytał, czy mu o tym opowie, ale ilość wysłanych w tej rozmowie sprzecznych sygnałów była przytłaczająca.
- Tam o - wskazał głową kierunek po swojej prawej - bliżej cmentarza jest ławka. Poczekaj na mnie, a ja pójdę powiedzieć bratu, że wszystko jest w porządku. - Prawie nikt przecież Flynna nie odwiedzał, a on z tym gościem od razu wybiegł do lasu i nie wracał od dłuższej chwili. Alexander musiał usłyszeć o tym już z trzy razy, a Alexandra lubił irytować co najwyżej szczeniackimi zaczepkami. Poczekał na jakąś odpowiedź, reakcję. Nie darował sobie wyciągnięcia w tym czasie paczki papierosów, żeby zapalić kolejnego z nich. Zaoferował je również Bletchleyowi. Jeżeli się z nim teraz ostatecznie nie pożegnał, Flynn bez słowa odszedł w stronę cyrku, skąd wcześniej wyszarpał Caina na siłę. I nie było go dobrych dziesięć minut, podczas których pewnie dopiął to, co porzucił widząc go w oddali. Propozycja opowieści okazała się nie być żartem - faktycznie wrócił i szukał Bletchleya przy tej ławce, tym razem trzymając coś w ręku. Nie, nie był to nóż. To był talerz.
- Dziwne jak na kogoś, kto widzi i pamięta absolutnie wszystko. Najwyraźniej naprawdę nigdy o tym nie wspomniałem. Co za bajzel. - Parsknął, bo najwyraźniej go to bawiło. To, jak bardzo potrafił namieszać tym, że nie lubił mówić dużo. - Jak na razie, to wyglądasz na kogoś niezwykle zagubionego, ale ty zawsze miałeś takie spojrzenie.
Podkrążone oczy Bletchleya wyrażały ciekawość, ale ciekawość ukrytą za kilkoma grubymi warstwami zmęczenia. Teraz kiedy ich przytłaczała ta mnogość wspomnień i emocji, on mu jak gdyby nigdy nic okazywał troskę. Musiał się zgubić. Albo w życiu, albo w jego oczach. Chyba jednak bardziej w życiu, bo jak źle musiało się dziać, jeżeli człowiek szukał go tylko po to, żeby na niego spojrzeć z oddali, a później chcieć uciec. A potem jeszcze się do tego przyznać! W świetle tego ciężko było nie wspominać tego, jak Cain do tej pory żył. Tego brudnego mieszkania, którego się tak strasznie wstydził i zawsze próbował w nim posprzątać, zupełnie jakby Crowa miała obchodzić sterta rozrzuconych ubrań. Nie zamierzał drążyć tego tematu na siłę, skoro za pierwszym razem nie zdecydował się odpowiedzieć, ale ciężko było nie podejrzewać, że od tamtego czasu nie poprawiło mu się wcale.
- Zepsuję wszystkie te śliczne wspomnienia,
które nas łączą - odpowiedział mu spokojnie. Jasne, że mógł mu mocniej grozić, bo przecież wiedział o Bletchleyu na tyle dużo, żeby bardzo barwnie opowiedzieć co z takimi informacjami zrobić, ale wcale nie chciał szukać w nim wroga. - Jestem w tym całkiem niezły. Ale wolałbym, żebyś po prostu zachował to dla siebie, o ile w ogóle chcesz tego słuchać. - Bo niby zapytał, czy mu o tym opowie, ale ilość wysłanych w tej rozmowie sprzecznych sygnałów była przytłaczająca.
- Tam o - wskazał głową kierunek po swojej prawej - bliżej cmentarza jest ławka. Poczekaj na mnie, a ja pójdę powiedzieć bratu, że wszystko jest w porządku. - Prawie nikt przecież Flynna nie odwiedzał, a on z tym gościem od razu wybiegł do lasu i nie wracał od dłuższej chwili. Alexander musiał usłyszeć o tym już z trzy razy, a Alexandra lubił irytować co najwyżej szczeniackimi zaczepkami. Poczekał na jakąś odpowiedź, reakcję. Nie darował sobie wyciągnięcia w tym czasie paczki papierosów, żeby zapalić kolejnego z nich. Zaoferował je również Bletchleyowi. Jeżeli się z nim teraz ostatecznie nie pożegnał, Flynn bez słowa odszedł w stronę cyrku, skąd wcześniej wyszarpał Caina na siłę. I nie było go dobrych dziesięć minut, podczas których pewnie dopiął to, co porzucił widząc go w oddali. Propozycja opowieści okazała się nie być żartem - faktycznie wrócił i szukał Bletchleya przy tej ławce, tym razem trzymając coś w ręku. Nie, nie był to nóż. To był talerz.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.