Nie mógł powiedzieć, żeby znał Olivię z czasów szkolnych na tyle, żeby mówić kiedy subtelne zmiany przynosiły wiadomości o jej stanie emocjonalnym. Natomiast ktoś w takiej kondycji i formie, w jakiej Quirke była teraz, każdy ślepy by wiedział, że nie tylko COŚ jest nie tak, ale wręcz WSZYSTKO jest nie tak. Kłamstwem byłoby powiedzenie, że go to nie zaalarmowało bardziej, niż już był wyczulony na to, co się działo aktualnie w świecie. Objął ją ostrożnie, jakby była kruchą porcelaną, która mogłaby się rozpaść w jego ramionach. Mogłaby? Na pewno nie. Przecież Olivia ze szkła nie była, a mimo to zdawała się teraz przejrzysta, niepewna i podatna na wszystkie obrażenia, jakie tylko mogłoby się na jej ciele podziać. Nie miał nawet takiej siły, żeby ją uszkodzić, a mimo to w jego ruchu była ta doza ostrożności sugerująca, że jej stan nie przeszedł obojętnie przez jego umysł. Bo nie przeszedł. Alarm pocztą to jedno. Widząc kogoś tak zestresowanego i niemalże ocierającego pot z czoła - drugie.
- Dobrze się czujesz? - Zapytał, kiedy się odsuwał i jeszcze przez moment zatrzymał dłoń na jej ramieniu, żeby się upewnić. Nie, nie żeby się upewnić. Żeby JĄ upewnić w tym, że tu jest, że może się podeprzeć na jego ręce, jeśli tego potrzebowała, niezależnie czy w tej danej chwili czy może za minut pięćdziesiąt, kiedy już będą na miejscu pomagać poturbowanym zwierzętom. Ocena psychicznych możliwości drugiej osoby była czymś koniecznym, według Laurenta, żeby mówić o dalszej pracy. Ktoś wykończony nie powinien być wysyłany tam, gdzie mogła go spotkać krzywda, albo gdzie to napięcie mogło przejść na zwierzęta. Trochę to okrutne, ale niestety taka była prawda. Przesunął palcami po jej barku i wsiadł do wozu, skinąwszy głową na znak, że to prawda - nie ma na co czekać. Zaraz za nim wskoczył Duma.
- Nie wybieram się do takich miejsc bez niego. - Można uznać, że to było trochę lakonicznie powiedziane. Bo było. Nie chciał odmawiać Olivii wyjaśnień, nie miał nic przeciwko opowiedzeniu jej, ale teraz były rzeczy jego samego bardziej interesujące, więc przyjacielskie pogawędki o tym, dlaczego Laurent się nie ruszał bez Dumy do pracy, szczególnie takiej, gdzie skrzywdzono zwierzęta, mogli odbyć jak już wszyscy będą bezpieczni. Wszyscy - włączając w to te majestatyczne stworzenia, które potrzebowały pomocy. Mógł nawet zabrzmieć przy tym odrobinie zdystansowanie, ale to przez skupienie, które w niego wstąpiło i zaalarmowanie powagą sytuacji. Przyglądał się przez moment kobiecie, żeby się upewnić, czy nie ma żadnych skaleczeń. Nie chciał usłyszeć, że toczyła się tu prawdziwa wojna, a on przyjechał zbierać jej okruszki.
- Wilkołaka? - Powtórzył, choć nie był fanem takich troszkę niemądrych powtórzeń. Tym nie mniej to był wyraz niemal szoku, kiedy to powiedziała, a jemu oczy z orbit wyszły. Odzyskał w mig rezon, cicho odchrząknął, przesunął niespokojnie wzrokiem z boku na bok, pod rozwianymi, platynowymi włosami już latały wszystkie informacje, które miał o tych stworzeniach i próbował dopasować prawdopodobność do powiedzianych przez Olivię scenariuszy, pozwalając jej skończyć. Nieuprzejme było wszak wtrącanie się w połowie zdania. Nie zamierzał tutaj dawać popisu niepewności z własnej strony. Bo to nie tak, że się bał czy niepewny był tego, po co tu przybył, natomiast siłą rzeczy martwił się o kobietę, która teraz tymi brudnymi dłońmi ściskała ręce. W końcu wyciągnął dłonie do jej, położył swoje palce na jej drobnych dłoniach, uspakajająco i zachęcił ją do tego, żeby puściła. Żeby nie zaciskała tak mocno tych mięśni, żeby pozwoliła odetchnąć skórze. Zabrał lejce - jeśli tylko na to pozwoliła. - Ocenię, kiedy zobaczę obrażenia. - Odpowiedział na końcu, bo nie było sensu robić tutaj założeń do spekulacji. Natomiast przyjął do wiadomości i zamierzał te elementy wziąć pod uwagę.
Hipogryfy w niewoli. Hodowla hipogryfów była czymś, co było dla Laurenta ciężkie do pojęcia. Nie dlatego, że to było niemożliwe - hodować je. Natomiast - niewolić? Widać było na jego twarzy niezadowolenie i dezaprobatę do tego, co słyszał, zmarszczył brwi, zastanawiając się już nad tym, w jaki sposób pomóc młodym, bo rzeczywiście - niekoniecznie samica będzie chętna do zajęcia się cudzymi młodymi, ale jednocześnie hipogryfy były niesamowicie inteligentnymi stworzeniami. Zapewne ta niewola, jakkolwiek była tu prezentowana, odbijała się na stanie psychicznym tej istoty. I na pewno to, że straciła partnera. Rany dodawały swoje i oto było stworzenie, które już nawet nie do końca chciało walczyć, nawet jeśli instynkt nakazywał przeżyć. Przerażające. Gdyby nie to, że wiedział, że Abby ma serce po właściwej stronie to Duma nie szukałby wilków, tylko hodowca zostałby nim poszczuty. Kiedy przychodziło do dobra zwierząt Laurent zaczynał być nieufny co do ludzi - wszystkich, którzy mieli z nimi styczność. Może nawet oskarżenie go o pewne zadufanie byłoby na miejscu? Oczywiście nie to, że uważał, że wszystko zrobi lepiej sam, albo że nikt nie da rady się odpowiednio nimi zająć. Natomiast to, czego dokonał Abby to rzeczywiście było nietypowe i Laurentowi wydawało się, że te stworzenia naprawdę musiały mu UFAĆ. W każdym razie szanował go zawsze za jego wiedzę na tym polu. Dlatego nie zamierzał też wysuwać posępnych wniosków, mimo wszystko, a raczej założyć, że stało się tutaj coś naprawdę paskudnego... coś, co sprawiło, że istoty magiczne przestały ufać jemu i ludziom wokół.
- Olivio. - Znów to zrobił. Wypowiedział jej imię jak zaklęcie, z uwagą, z odpowiednim akcentem i skupionym tonem. Obrócił twarz w jej kierunku. - Spokojnie. Zadbam o to, żeby ani młodym, ani matce, nic się nie stało. Chciałbym, żebyś poszła do domu, przygotowała letnią wodę, ręczniki i dwa prześcieradła, dobrze? Tylko powoli. Nie śpieszy się. Pamiętaj, żeby obmyć ręce i twarz, żeby nic się nie zabrudziło i pozostało higieniczne. - Mówił do niej bardzo spokojnie, z delikatnym uśmiechem na ustach i ciepłem w oczach, ale jednak było to spojrzenie w pewnej dozie wymagające, żeby tak uczyniła, jak powiedział. Czy tego potrzebował? W zasadzie to nie. Chciał za to dać kobiecie zajęcie, wymóc na niej odrobinę ogarnięcia się i przez to uspokojenia. Więc tak prawdę powiedziawszy to wymyślił cokolwiek. - Pamiętasz, o czym rozmawialiśmy? Stworzenia czują. To, co im przynosisz, musi być czyste. - I nie może być stresem ani nerwami. To jednak również nie brzmiało jak przygana, a niemal jak słodkie "dobranoc", które wypowiadało się z czułością przed snem. Jego uśmiech przez moment pogłębił się, nim obrócił głowę w kierunku drogi. Dojeżdżali.
Laurent wyskoczył z wozu, gestem zatrzymując Dumę, który również ruszył za nim.