03.11.2023, 16:29 ✶
Olivia czuła się dobrze, jednak widać było, że coś ją martwi. Mówiła dużo, chaotycznie, ciągle miała rozbiegany wzrok. Jakby w jej umyśle powstała narracja, że właśnie ponieśli porażkę - a raczej że ona poniosła porażkę. Bo w końcu powinni sobie poradzić, prawda? Hipogryfy były jednak zbyt inteligentne i zbyt dumne, musiały więc skojarzyć pewne fakty i teraz w ogóle nie dawały do siebie podejść. Na szczęście nie mogły też odlecieć, czy to z powodu młodych, czy z powodu odniesionych ran. Inaczej by ich nie wyłapali.
- Tak, naturalnie. Musisz najpierw zobaczyć - powiedziała powoli, jakby zaczęło do niej w końcu docierać, że wymaga od Laurenta wiedzy, której jeszcze nie posiada. Uśmiechnęła się więc przepraszająco i w odpowiedzi na jego ściśnięcie ręki odwzajemniła uścisk. - Przepraszam. Po prostu jest tyle teorii, również tych nieprawdopodobnych, że głowa pęka od nadmiaru informacji.
Puściła wodze i pozwoliła mu przejąć wóz. Potarła odruchowo dłońmi o spodnie, jakby chciała przywrócić w nich krążenie. Nie martwiła się o ojca, umiał radzić sobie z takimi jak Abby i jego gniew na cały świat. To nie był zły człowiek, ten Abby, dbał o zwierzęta i chyba nawet lubił je bardziej niż ludzi. Ale właśnie przez tę nienawiść do ludzi mocno utrudniał im pracę. Rzucał coraz to nowsze tropy, jednocześnie psując postępy nad tymi sprzed kilku chwil, że jeszcze jedna doba, i wrócą do punktu wyjścia. Olivia wiedziała, że mężczyzna robi to z troski, ale na brodę Merlina - powinien był trochę pomyśleć! Dłonie Olivii na powrót zacisnęły się w gniewie, tym razem na kolanach.
Laurent miał w sobie coś, co uspokajało. Nic dziwnego, że zwierzęta go kochały - ale co zadziwiające, kojąco potrafił wpływać na ludzi. Gdy wypowiedział jej imię, drgnęła i na powrót się spięła, jakby oczekiwała reprymendy. Ale słysząc konkretne zadania, pokiwała tylko głową. Na spokojnie i bez pośpiechu... To może być wyzwanie.
- Dobrze - powiedziała tylko, zerkając na Laurenta z cieniem uśmiechu na twarzy. I w oczach. Zadziwiające, że już przy drugim spotkaniu jej oczy potrafiły wyrażać tyle uczuć, podczas gdy zwykle pozostawały chłodne i zdystansowane, nawet pomimo uśmiechu na twarzy. - To tam.
Uniosła rękę i wskazała na powiększający się powoli punkt na horyzoncie. Minęli drzewa, przy których stało dwóch mężczyzn. Na widok wozu machnęli różdżkami, tworząc przejście, którym mogli swobodnie przejechać na teren hodowli. A był to teren ogromny, naprawdę imponujący - ze sporym kawałkiem lasu, łąk i w oddali widać było urwisko. Wszystko, czego w teorii hipogryfy potrzebowały. Ogrom przestrzeni.
- Za niedługo będzie tu wóz, ciągnięty przez abraksamy. Będziemy transportować młode - wychyliła się do jednego z mężczyzn w śliwkowopurporowej szacie i wskazała na niebo, by nie było wątpliwości. Mężczyzna tylko machnął ręką w odpowiedzi, co mogło oznaczać tak "nie ma problemu", jak również "nie zawracaj mi głowy".
Gdy dojechali na miejsce wydeptaną, utwardzoną ścieżką, Olivia zeszła z wozu i niemal od razu pokazała na zagrodę, oddaloną o kilkadziesiąt metrów od domu. Przypominała raczej ogromną klatkę.
- To tymczasowe rozwiązanie, normalnie jej tu nie ma, przynajmniej tak mówią. Zagonili je w jedno miejsce i stworzyli klatkę, żeby nie odleciały. Idę po te prześcieradła - sięgnęła do nadgarstka i na szybko związała rude włosy w krzywą kitkę, jednocześnie znikając w budynku. Laurent z kolei już od razu widział trzy sylwetki przy klatce. Jedna właśnie upadła, jakby coś odrzuciło ją z ogromną siłą. Trójka mężczyzn, z czego dwóch w czarnych szatach, a jeden - w pokrwawionej (albo po prostu miała taki dziwny wzór) koszuli i czarnych spodniach. Abby'ego szło rozpoznać z daleka, nigdy nie nosił szat i zawsze nosił białe koszule, wpuszczone w spodnie. No i te obrzydliwe buty ze szpiczastymi noskami. Laurent nie musiał patrzeć na twarz mężczyzny, by wiedzieć że to on właśnie pomaga jednemu z czarodziejów w szatach wstać.
- Mówiłem, żeby zaczekać - gderał, podczas gdy - sądząc po wieku - ojciec Olivii polewał czymś rany na klatce piersiowej swojego towarzysza. - Ciesz się, że nie chciała zabić, bo gdyby chciała, to by to zrobiła. Mówiłem, że tu trzeba ostrożnie, a nie z pętlą!
W przeciwieństwie do Laurenta pan Abby nie miał żadnych oporów, by chełpić się swoją wiedzą i opierniczać innych, nawet jeśli ci inni chcieli dobrze. Jak na ten przykład mu pomóc.
- Prewett, doskonale, w samą porę, jak zawsze. Powiedz im, że nie znają się na swojej robocie! Ty jeden mnie rozumiesz! - Abby rozłożył ręce tak, jakby chciał Laurenta uściskać, jednak w porę się opamiętał. I tak, to była krew na koszuli - pytanie tylko czyja.
- Tak, naturalnie. Musisz najpierw zobaczyć - powiedziała powoli, jakby zaczęło do niej w końcu docierać, że wymaga od Laurenta wiedzy, której jeszcze nie posiada. Uśmiechnęła się więc przepraszająco i w odpowiedzi na jego ściśnięcie ręki odwzajemniła uścisk. - Przepraszam. Po prostu jest tyle teorii, również tych nieprawdopodobnych, że głowa pęka od nadmiaru informacji.
Puściła wodze i pozwoliła mu przejąć wóz. Potarła odruchowo dłońmi o spodnie, jakby chciała przywrócić w nich krążenie. Nie martwiła się o ojca, umiał radzić sobie z takimi jak Abby i jego gniew na cały świat. To nie był zły człowiek, ten Abby, dbał o zwierzęta i chyba nawet lubił je bardziej niż ludzi. Ale właśnie przez tę nienawiść do ludzi mocno utrudniał im pracę. Rzucał coraz to nowsze tropy, jednocześnie psując postępy nad tymi sprzed kilku chwil, że jeszcze jedna doba, i wrócą do punktu wyjścia. Olivia wiedziała, że mężczyzna robi to z troski, ale na brodę Merlina - powinien był trochę pomyśleć! Dłonie Olivii na powrót zacisnęły się w gniewie, tym razem na kolanach.
Laurent miał w sobie coś, co uspokajało. Nic dziwnego, że zwierzęta go kochały - ale co zadziwiające, kojąco potrafił wpływać na ludzi. Gdy wypowiedział jej imię, drgnęła i na powrót się spięła, jakby oczekiwała reprymendy. Ale słysząc konkretne zadania, pokiwała tylko głową. Na spokojnie i bez pośpiechu... To może być wyzwanie.
- Dobrze - powiedziała tylko, zerkając na Laurenta z cieniem uśmiechu na twarzy. I w oczach. Zadziwiające, że już przy drugim spotkaniu jej oczy potrafiły wyrażać tyle uczuć, podczas gdy zwykle pozostawały chłodne i zdystansowane, nawet pomimo uśmiechu na twarzy. - To tam.
Uniosła rękę i wskazała na powiększający się powoli punkt na horyzoncie. Minęli drzewa, przy których stało dwóch mężczyzn. Na widok wozu machnęli różdżkami, tworząc przejście, którym mogli swobodnie przejechać na teren hodowli. A był to teren ogromny, naprawdę imponujący - ze sporym kawałkiem lasu, łąk i w oddali widać było urwisko. Wszystko, czego w teorii hipogryfy potrzebowały. Ogrom przestrzeni.
- Za niedługo będzie tu wóz, ciągnięty przez abraksamy. Będziemy transportować młode - wychyliła się do jednego z mężczyzn w śliwkowopurporowej szacie i wskazała na niebo, by nie było wątpliwości. Mężczyzna tylko machnął ręką w odpowiedzi, co mogło oznaczać tak "nie ma problemu", jak również "nie zawracaj mi głowy".
Gdy dojechali na miejsce wydeptaną, utwardzoną ścieżką, Olivia zeszła z wozu i niemal od razu pokazała na zagrodę, oddaloną o kilkadziesiąt metrów od domu. Przypominała raczej ogromną klatkę.
- To tymczasowe rozwiązanie, normalnie jej tu nie ma, przynajmniej tak mówią. Zagonili je w jedno miejsce i stworzyli klatkę, żeby nie odleciały. Idę po te prześcieradła - sięgnęła do nadgarstka i na szybko związała rude włosy w krzywą kitkę, jednocześnie znikając w budynku. Laurent z kolei już od razu widział trzy sylwetki przy klatce. Jedna właśnie upadła, jakby coś odrzuciło ją z ogromną siłą. Trójka mężczyzn, z czego dwóch w czarnych szatach, a jeden - w pokrwawionej (albo po prostu miała taki dziwny wzór) koszuli i czarnych spodniach. Abby'ego szło rozpoznać z daleka, nigdy nie nosił szat i zawsze nosił białe koszule, wpuszczone w spodnie. No i te obrzydliwe buty ze szpiczastymi noskami. Laurent nie musiał patrzeć na twarz mężczyzny, by wiedzieć że to on właśnie pomaga jednemu z czarodziejów w szatach wstać.
- Mówiłem, żeby zaczekać - gderał, podczas gdy - sądząc po wieku - ojciec Olivii polewał czymś rany na klatce piersiowej swojego towarzysza. - Ciesz się, że nie chciała zabić, bo gdyby chciała, to by to zrobiła. Mówiłem, że tu trzeba ostrożnie, a nie z pętlą!
W przeciwieństwie do Laurenta pan Abby nie miał żadnych oporów, by chełpić się swoją wiedzą i opierniczać innych, nawet jeśli ci inni chcieli dobrze. Jak na ten przykład mu pomóc.
- Prewett, doskonale, w samą porę, jak zawsze. Powiedz im, że nie znają się na swojej robocie! Ty jeden mnie rozumiesz! - Abby rozłożył ręce tak, jakby chciał Laurenta uściskać, jednak w porę się opamiętał. I tak, to była krew na koszuli - pytanie tylko czyja.