03.11.2023, 18:53 ✶
Czasami nie wystarczy. Czasami ludzie prosili się o to, żeby nadepnął na nich butem mocniej, bo nie rozumieli prostych przekazów. Na własne nieszczęście, Edge zrozumiał ten ukryty pod rzuconym mu na odchodne pytaniem i całą podróż, od odwrócenia się, aż po powrót do Caina, spędził z takim lekkim, upierdliwym uciskiem w żołądku. Czy poczuł się nagle za niego odpowiedzialny? Nie, to wciąż wydawało się odległe, ale jednocześnie - strasznie nie chciał widzieć go skrzywdzonego, wcale nie zależało mu na poznaniu bólu jaki wywołał porzucając Bletchleya w taki sposób - celowo i świadomie zagrał to jak skończony tchórz, żeby nigdy tego nie zobaczyć. Przewidział to już wtedy - tę rozpacz, która nie pozwoliłaby mu go zostawić, bo się nie porzucało w potrzebie kogoś kogo się kochało. Łatwiej było nie wiedzieć co u niego słychać i wspominać go dobrze, wyobrażać sobie inne, lepsze życie, jakie go czekało po odwróceniu twarzy w inną stronę. A gdyby tam został? Czy czekało go jakiekolwiek życie? Tym co obiecała mu Fontaine była śmierć. Wybór nie był tu szczególnie trudny.
Nim się do tego Caina leżącego na trawie zbliżył, zatrzymał się jeszcze na krótki moment, spoglądając na niego z oddali. W oczach Flynna chłopak zawsze był cholernie przystojny, ująłby to nawet słowami: agresywnie przystojny, ale posiadał w sobie nutę spokoju i delikatności, graną o wiele intensywnej w takich właśnie momentach. A on to lubił. Lubił ciszę takich miejsc, przesiadywał w nich godzinami, milcząc i wpatrując się w otaczającą go scenerię. W innych okolicznościach pewnie położyłby się obok i trwał tak, nie mówiąc absolutnie nic. Tylko jakieś słowa powinny się wreszcie z niego wylać, nie mógł się wiecznie śmiać z jego niewiedzy, bo już go takim zobaczył, dostał w twarz gorzkim słowem, sam też wiele takich rzucił, a teraz miał wrażenie, że pociął sobie o nie język.
Raz jeszcze upuścił na ziemię papierosa i przygniótł go butem, a potem ruszył przed siebie, wątpiąc we wszystko, co ułożył sobie w głowie. Nawet w te najbardziej oczywiste rzeczy. Usiadł obok, talerz bezwstydnie położył mu na brzuchu, po czym wyłożył się obok. Bokiem. Tak, żeby podpierać głowę na łokciu i widzieć jego twarz, ze zgiętą w kolanie nogą.
- Mhm - odpowiedział, o wiele ciszej niż mówił wcześniej - ale do mojej restauracji nie ma za dużych kolejek, to chyba przez to, że nie umiem ugotować nawet makaronu. - Na tym talerzu leżały pokrojone ciasta. Po dwa kawałki, nieduże, wyjątkowo estetyczne, nie pasujące zupełnie do człowieka, którego do dzisiaj wyganiano z kuchni, żeby przestał przynosić gotującemu pecha. - Moja siostrzyczka - powiedział to tonem sugerującym po prostu młodszą siostrę, nie było to pogardliwe - usłyszała, że „odwiedził mnie kolega” - to nie powinno go bawić tak bardzo jak go bawiło - więc kazała mi poczęstować cię ciastem. Widzę, że nie tylko ona się o ciebie troszczy, bo - leniwie uniósł spojrzenie w górę, mrużąc oczy przy patrzeniu na tarczę słońca - siedzimy tu już z miesiąc i jedyne co widziałem to chmury i mgła. Brałem to miejsce za przeklęte.
Ale pewnie to jego rzeczywistość nie lubiła na tyle, aby go tym słońcem uraczyć. Znów opuścił spojrzenie na niego i w takim zawieszeniu już trwał. Nieułożone loki znów opadły w dół, ale nie poprawiał ich już, po prostu tak leżał i zastanawiał się jak właściwie miałby taką opowieść zacząć. Od którego momentu? Z jakich warstw musiał się obnażyć, żeby to wszystko wyjaśnić, ten kocioł jaki uczynił ze swojej egzystencji, tę plątaninę person, jakie przyjmował na przestrzeni lat. Był uosobieniem kabla od słuchawek, który poplątał się w kieszeni. To wcale nie było takie proste, chociaż osoby lepiej obyte z bajarstwem streściliby to pewnie w jednym akapicie i wcale się przy tym nie wysilili.
Na czymś się skupiał, coś mu przez łeb płynęło, jakiś strumień myśli próbował wydostać się na zewnątrz, ale zajęło mu absurdalnie dużo czasu wyduszenie czegokolwiek. Znowu zwlekał z tym tak długo, że człowiek zaczynał się zastanawiać, czy Flynn odezwie się dzisiaj, czy odłoży to wszystko na jutro (ewentualnie na nigdy).
- Pewnie się tego nie domyśliłeś, ale Crow to nie jest moje prawdziwe imię - zaczął od żartu, ale ten żart był wstępem do czego innego - Flynn też nie, chociaż powiedziałem ci wtedy, że tak. Bo w pewnym sensie jest prawda, tylko... - Przykrył twarz dłonią. Bo to wcale nie miało iść tak, w wyobraźni brzmiało o stokroć lepiej, nie sugerowało też kolejnego kłamstwa. - Oh, kurwa - warknął ociężale, przejeżdżając palcami w dół twarzy. - Nie wiem jak mam ci coś takiego opowiedzieć. Wolałbym chyba zagrać w te durne karty z pytaniami.
Nim się do tego Caina leżącego na trawie zbliżył, zatrzymał się jeszcze na krótki moment, spoglądając na niego z oddali. W oczach Flynna chłopak zawsze był cholernie przystojny, ująłby to nawet słowami: agresywnie przystojny, ale posiadał w sobie nutę spokoju i delikatności, graną o wiele intensywnej w takich właśnie momentach. A on to lubił. Lubił ciszę takich miejsc, przesiadywał w nich godzinami, milcząc i wpatrując się w otaczającą go scenerię. W innych okolicznościach pewnie położyłby się obok i trwał tak, nie mówiąc absolutnie nic. Tylko jakieś słowa powinny się wreszcie z niego wylać, nie mógł się wiecznie śmiać z jego niewiedzy, bo już go takim zobaczył, dostał w twarz gorzkim słowem, sam też wiele takich rzucił, a teraz miał wrażenie, że pociął sobie o nie język.
Raz jeszcze upuścił na ziemię papierosa i przygniótł go butem, a potem ruszył przed siebie, wątpiąc we wszystko, co ułożył sobie w głowie. Nawet w te najbardziej oczywiste rzeczy. Usiadł obok, talerz bezwstydnie położył mu na brzuchu, po czym wyłożył się obok. Bokiem. Tak, żeby podpierać głowę na łokciu i widzieć jego twarz, ze zgiętą w kolanie nogą.
- Mhm - odpowiedział, o wiele ciszej niż mówił wcześniej - ale do mojej restauracji nie ma za dużych kolejek, to chyba przez to, że nie umiem ugotować nawet makaronu. - Na tym talerzu leżały pokrojone ciasta. Po dwa kawałki, nieduże, wyjątkowo estetyczne, nie pasujące zupełnie do człowieka, którego do dzisiaj wyganiano z kuchni, żeby przestał przynosić gotującemu pecha. - Moja siostrzyczka - powiedział to tonem sugerującym po prostu młodszą siostrę, nie było to pogardliwe - usłyszała, że „odwiedził mnie kolega” - to nie powinno go bawić tak bardzo jak go bawiło - więc kazała mi poczęstować cię ciastem. Widzę, że nie tylko ona się o ciebie troszczy, bo - leniwie uniósł spojrzenie w górę, mrużąc oczy przy patrzeniu na tarczę słońca - siedzimy tu już z miesiąc i jedyne co widziałem to chmury i mgła. Brałem to miejsce za przeklęte.
Ale pewnie to jego rzeczywistość nie lubiła na tyle, aby go tym słońcem uraczyć. Znów opuścił spojrzenie na niego i w takim zawieszeniu już trwał. Nieułożone loki znów opadły w dół, ale nie poprawiał ich już, po prostu tak leżał i zastanawiał się jak właściwie miałby taką opowieść zacząć. Od którego momentu? Z jakich warstw musiał się obnażyć, żeby to wszystko wyjaśnić, ten kocioł jaki uczynił ze swojej egzystencji, tę plątaninę person, jakie przyjmował na przestrzeni lat. Był uosobieniem kabla od słuchawek, który poplątał się w kieszeni. To wcale nie było takie proste, chociaż osoby lepiej obyte z bajarstwem streściliby to pewnie w jednym akapicie i wcale się przy tym nie wysilili.
Na czymś się skupiał, coś mu przez łeb płynęło, jakiś strumień myśli próbował wydostać się na zewnątrz, ale zajęło mu absurdalnie dużo czasu wyduszenie czegokolwiek. Znowu zwlekał z tym tak długo, że człowiek zaczynał się zastanawiać, czy Flynn odezwie się dzisiaj, czy odłoży to wszystko na jutro (ewentualnie na nigdy).
- Pewnie się tego nie domyśliłeś, ale Crow to nie jest moje prawdziwe imię - zaczął od żartu, ale ten żart był wstępem do czego innego - Flynn też nie, chociaż powiedziałem ci wtedy, że tak. Bo w pewnym sensie jest prawda, tylko... - Przykrył twarz dłonią. Bo to wcale nie miało iść tak, w wyobraźni brzmiało o stokroć lepiej, nie sugerowało też kolejnego kłamstwa. - Oh, kurwa - warknął ociężale, przejeżdżając palcami w dół twarzy. - Nie wiem jak mam ci coś takiego opowiedzieć. Wolałbym chyba zagrać w te durne karty z pytaniami.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.