Stres budował stres, sprowadzał napięcie, napięcie napędzały nerwy i tak zżerał się ten Uroboros trzymając się za kraniec ogona. Wiecznie nienażarty. Nie chciał być orędownikiem takich emocji i sprawiać, żeby zapanowała tutaj nieprzyjemna atmosfera. Nawet jeśli kobieta, miałoby się okazać, wcale się nie nadawała do tej pracy to przecież mogli się rozejść w warunkach pokojowych... Choć to, że kontynuował swoją wypowiedź i nie zostawił ją z tym dość celowo szorstkim pytaniem (choć zadanym gładkim głosem), będącym swoistą zaczepką w braku zrozumienia, dlaczego go nie słucha, choć powinna, było w dużej mierze spowodowane jej... nią. Po prostu nią. Niektórzy ludzie mieli w sobie pierwiastek, który przyciągał i głaskał z włosem. Nie potrzebowali wcale magicznej krwi w swoich żyłach ani szczególnie wysokiej charyzmy. Ich spojrzenia, ich ruchy - to chyba kwestia prywatnych upodobań, ale kiedy Laurent na nią spoglądał nie mógł pozbyć się prostej myśli: dobrze jej patrzy z tych pięknych oczu. W obliczu nieciekawych czasów należało uważać, kogo trzyma się przy sobie. Nawet bardzo należało uważać. Ludzie popełniali więc błędy i potrafił sobie wyobrazić, że nawet jeśli ktoś potrafił zająć się magicznymi stworzeniami to niekoniecznie musi czuć się pewnie na rozmowie takiej jak ta. Cierpliwości mu nigdy nie brakowało, a nawet jeśli niekoniecznie czerwiec był dla niego sprzyjający to jakiekolwiek wylewanie frustracji na nowej osobie było co najmniej nieodpowiednie. Tak samo zresztą z drugiej strony. Co w życiu prywatnym to w życiu prywatnym. Wiele rzeczy można było wybaczyć i okazać wyrozumiałość, ale pewne granice powinny być zachowane i przestrzegane.
Uśmiech poszerzył się w swojej wyrozumiałości i aprobacie dla słów, które dane było mu usłyszeć. Jeśli zmyśliła to na poczekaniu, ponieważ naprawdę nie chciało się jej słuchać, to była bardzo dobra w tym, co robiła. Jeśli jednak mówiła prawdę - to była nie dobrą osobą w dobrym miejscu, tylko idealną osobą w dobrym miejscu. Tego oczekiwał od kogoś, komu chciał powierzyć stworzenia, które nie były po prostu abraksanami. Jedno z tych stworzeń było jego najlepszym przyjacielem. Jackie była na najlepszej drodze, żeby uczynić sobie przyjaciela w nim samym.
- Owszem, ma to znaczenie. - Wskazał gestem na okna umieszczone na górze stajni. Były otwierane i zamykane na podwójne okiennice, z których jedna była zatrzaśnięta, ale druga otwarta. Przez to było tutaj aktualnie jasno, ale jednocześnie panowała taka... bardzo spokojna atmosfera. Niemal senna. Nad pojedynczymi boksami okiennice były w pełni otwarte, przez co było tam o wiele jaśniej. Przez moment się nie odzywał. Wciąż uśmiechnięty sam przypatrywał się temu miejscu jakby w zamyśleniu - w rzeczywistości jednak w ukontentowaniu. Laurent nie chciał tworzyć tu tylko stajni i hodowli. Zależało mu na tym, żeby to miejsce było naprawdę rajem dla stworzeń, które mogły tutaj przebywać. Taki cel sobie postawił. Ciągle wprowadzano udoskonalenia i poprawki, które mogły wpłynąć na samopoczucie pegazów. - Zapraszam dalej. - Odezwał się w końcu i wyszli ze stajni, żeby skierować się na samą łąkę. - Przebywają tutaj abraksany nie tylko z mojej hodowli, ale również z Keswick czy championy sportowe, jak i również prywatnych właścicieli. To bardzo istotne, żeby zapoznała się panienka z każdym z nich i przede wszystkim trzymała się osobliwych zaleceń wobec niektórych. Szczególnie tyczy się to naszych sportowców. Ponieważ nie zawsze dżokeje mają czas w ramach profitów pracy będzie mogła się panienka nacieszyć jazdą, jeśli rzecz jasna będzie panienka chciała. - To taki bonus. Przejechanie się na grzbiecie abraksana to nie była tania zabawa. Oczywiście Laurent zatrudniał również osoby odpowiedzialne za przypilnowanie jazdy abraksanów, żeby miały zapewnione ruch. - Mój abraksan, Michael, jest championem wyścigów. - Zmienił nieco tor wypowiedzi, ponieważ zbliżali się do skrzydlatych koni, z których niektóre podniosły łby, patrząc w ich kierunku. Jedne zaciekawione, inne rozleniwione. I jeden, który stanął na baczność i zarzucił łbem, przestępując z kopyta na kopyto. Agresywny. Takie słowo mogło przyjść do głowy. Mimo to ruszył wolnym krokiem na ich spotkanie, wyszedł im naprzeciw. - Jest też opiekunem i przewodnikiem stada. To bardzo dumny rumak. Chciałbym, żebyś go poznała. - Czy raczej - żeby on poznał ją.
Ten stres i drżenie we wnętrzu Jackie nie przeszkadzały temu, żeby Laurent je pomijał w ocenie, ale jednocześnie kładł większą wyrozumiałość dla kobiety. Pewnie rzeczy łatwo było mówić, natomiast w praktyce wyglądały zupełnie inaczej. Dlatego też blondyn musiał zobaczyć, czy kobieta sobie poradzi z pracą. Powiedziałby ktoś, że to rzut na głęboką wodę, ale Laurent by się nie zgodził. To podstawa w tej pracy - posiadać umiejętność porozumienia się z każdym abraksanem. Dla Laurenta jeszcze było koniecznym, by się z nim porozumieć bez przemocy. Każdy głupi potrafił zmusić batem do posłuszeństwa. Nawet nie przyszło mu do głowy, że jego osoba przy tym (sam w sobie) dodawał jej jeszcze troszkę jakichś nerwów. Spojrzał właśnie na Jackie, by uśmiechnąć się do niej przyjaźnie i zachęcająco, jakby mówił wszystko będzie dobrze, czy raczej wierzę, że sobie poradzisz. - Pamiętaj proszę, że nie ma się czym stresować. Rozumiem, że takie rozmowy nie należą do najprostszych, choć jeszcze nie wynalazłem przyjemniejszej formy. - Przymknął oczy w rozbawionym uśmiechu, chcą ją trochę... pokrzepić, ośmielić? Istoty magiczne wyczuwały niepewność w człowieku. Wyczuwał ją również Michael, który do nich podszedł. - Witaj, Michaelu. Przedstawiam ci Jackie Carrow.
- Dzień dobry. - Odezwał się wielki rumak, biały jak śnieg rumak, spoglądając czerwonymi ślepiami na Jackie. Miał mocne spojrzenie. Twarde. Oceniał nim i nie krył się nawet ze swoją postawą "lepiej się nie zbliżaj, bo zrobi się nieprzyjemnie".