W wyobrażeniach Philipa ten wieczór miał wyglądać zupełnie inaczej - nie uwzględniał w ich wspólnych planach takiego incydentu zagrożenia życia i zdrowia, konieczności ratowania Laurenta. Nie zawahał się jednak przed wskoczeniem do wody z zamiarem podjęcia próby ratunku. Udał się na tę wycieczkę z nim i to z nim zamierzał wrócić do Anglii, co oznaczało że nie mógł pozwolić na to aby zabrało go morze. Prócz Laurenta ratował także ten wieczór, bo tam czekały na nich pyszne dania tajskiej kuchni i jeszcze wiele atrakcji. Nie chciał z tego wszystkiego rezygnować.
Przemiana Laurenta w fokę była dla niego niezwykłym doświadczeniem przez to, że jak dotąd nie miał możliwości ujrzeć swojego towarzysza w tej właśnie postaci. Może nie był na to właściwy moment, jednak przyglądał się Laurentowi ze szczerym zainteresowaniem oraz z zachwytem. Uśmiechnął się delikatnie. Okręcił się w wodzie, wodząc spojrzeniem za mężczyzną pod postacią tak słodkiego stworzenia jakim była foka. Mocno objął Laurenta ramieniem, pozwalając się wyciągnąć powierzchnię wody. Otaczające jego głowę bańka powietrza pękła po wynurzeniu się. Roześmiał się słysząc ten specyficzny dźwięk.
— Zdecydowanie jesteś w swoim żywiole, foczko, ale wystarczy tego dobrego na chwilę obecną, nie uważasz? — Zapytał niefrasobliwie, z uśmiechem. Podpłynął bliżej niego, wyciągając dłoń w stronę głowy Laurenta, chcąc go pogłaskać po łebku. Nie mógł się od tego powstrzymać. Może Laurent nie będzie mieć mu tego za złe.