Skinął głową na przeprosiny. Nie były wymagane, ale doceniał to, że Perseusz potrafił przyznać się do błędu. Lub drobnego niedopowiedzenia. To sporo o nim mówiło.
— Twoje miejsce pracy pomogło, czyż nie? — Uniósł pytająco brew. Lecznica Dusz może nie była Szpitalem św. Munga, jednak była placówką medyczną. Możliwe, że podczas działań wolontariuszy po zakończeniu walk, parę partii leków przybyło właśnie z Lecznicy. — Poza tym, dobrze, że cię tam nie było. I innych. Takie walki to nie miejsce dla cywili.
W końcu po to tam było Ministerstwo. Aby dać cywilom szansę ucieczki i wymknięcia się zagrożeniu na czas. Chociaż dodatkowa para rąk mogła pomóc, tak niewykluczone, że tłum „chętnych do pomocy” naraziłby wszystkich na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Zamrugał parokrotnie po kolejnych słowach mężczyzny.
Dobrze, że zdaje sobie z tego sprawę, skomentował w myślach Erik, starając się nie zdradzać zbytnio swojego skonfundowania. Słowa Blacka wprawiły go w niemałe osłupienie, a umysł momentalnie począł szukać wymówki dla tak jawnego wyrażenia swojej opinii. Bądź co bądź, Perseusz był członkiem rodziny, której pewne idee Śmierciożerców mogły być na rękę. I może dalej obstawałby przy sentymencie innych czystokrwistych, gdyby nie... No właśnie. Gdyby nie zobaczył na własne oczy, co się dzieje, gdy radykałowie dorwą się do zbyt dużych zasobów i faktycznie wykonają swój ruch.
— Rozumiem cię aż nazbyt dobrze — przyznał przyciszonym głosem, po czym westchnął głęboko. — Odkąd zaczęły się te ataki, porwania, manifestacje... Zawsze się zastanawiałem, czemu nie spróbują przejąć władzy po ludzku. Partia lub organizacja, która chroniłaby interesy czystej krwi. Z łatwością znaleźliby sojuszników, a zamiast tego zrobili z siebie terrorystów. I to takich, o których obecnie huczą wszystkie media i wszyscy wiedzą, jacy są naprawdę.
Od tego nie było już odwrotu. Erik nie sympatyzował ze Śmierciożercami. Długie rozmowy z Elliotem pozwoliły mu zrozumieć, czemu wielowiekowe rodziny czuły się zagrożone w obecnych czasach, jednak obrona tradycji a atak na własnych obywateli, swoich „braci” to coś zupełnie innego. Beltane było tego powodem. To nie był festyn mugoli, czy przyjęcie czarodziejów i czarownic półkrwi, którzy celebrowali obie strony swojego pochodzenia. Sabaty były magicznym świętym, zakorzenionym w ich historii, a Czarny Pan i jego Śmierciożercy na nie napluli. Zbrukali je. Wszelkie nadzieje na to, że znajdą jakikolwiek posłuch wśród społeczeństwa zgasły, niczym płomień zdmuchniętej świeczki.
— Oni już nawet nie patrzą, w kogo celują. Czysta krew, półkrew, mugolak, mugol, jednorożec czy abraksan. — Przewrócił teatralnie oczami, celowo nadając tej historii dodatkowego kolorytu. — A będzie tylko gorzej. Mogą być bardziej rozjuszeni, bardziej nieprzewidywalni i jeszcze bardziej agresywni. — Upił nieco czerwonego francuskiego wina. — Aż w końcu w ręce Ministerstwa Magii wpadnie jakiś trzeciorzędny czarnoksiężnik-dzieciak o znanym nazwisku. Wtedy to dopiero się zacznie.
Nawet jemu ciężko było określić, jaka będzie reakcja Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, jednak w duchu liczył, że surowa. Chociaż informacje na temat tego, kto właściwie mógł sprzyjać Śmierciożercom, były mocno ograniczone przez brak pojmanych ludzi na wysokim szczeblu, tak w końcu musiał się znaleźć jakiś kozioł ofiarny. A gdyby był to ktoś o silnym nazwisku... To byłoby jak rozgrzebanie mrowiska.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞