04.11.2023, 02:45 ✶
Flynn palił nawet nie za ich dwójkę, a za całą grupę. Właściwie, to już sięgnął ręką do kieszeni, żeby tę paczkę z niej wyciągnąć i wypalić przy nim trzeciego już papierosa, chociaż rozmowa wcale nie trwała na tyle długo, żeby udawać, że był w tym jakikolwiek rozsądek. Bannery rozwieszone po mugolskich dzielnicach trąbiły teraz głośno, że palenie niszczy zdrowie, on się tym najwyraźniej nie przejmował. Śmierć była ostatnim, co go w jakimkolwiek stopniu przerażało. Ostatecznie się na to nie zdecydował, ale tylko i wyłącznie dlatego, że Cain przewrócił się na bok i dotarło do niego, że musiałby dmuchać mu dymem w twarz.
- Cóż za sugestywne pytanie. Podejrzewa mnie pan o coś, panie władzo? - Uśmiechnął się, mówiąc to wyjątkowo zaczepnym tonem głosu, chcąc wymusić pewnie skojarzenia. Nie rozwijając tej myśli, sięgnął do tego wspomnianego wcześniej talerza, bo skoro nie mógł przerywać sobie wypowiedzi zaciąganiem się dymem, to mógł zrobić to jedzeniem. - Jest urocza, w ten taki boleśnie niewinny sposób - wyznał. Coś go w tym piekliło - ta świadomość jej naiwności - nie będzie go tu przecież zawsze, żeby ją wyciągać z tarapatów i zakładać pułapki na oknach, nie będzie mógł zawsze opowiadać bajek, że w Londynie był szczurołapem. Żył świadomością tego, że ta przeszłość prędzej czy później po niego wróci - odnajdowało go coraz więcej osób, poza tym Bellowie upierali się, aby podążać za sabatami, a następny miał odbyć się w Londynie.
Ten gnój zamknął oczy i leżał w tym słońcu, w tej ciszy, jaka pomiędzy nimi zapadła, w ciszy okolic opuszczonego cmentarza, a Flynn... Jego głowa była głośna. Nie chodziło już nawet o te wszystkie sceny i zdania przepływające strumieniem przez wybujałą wyobraźnię, ale przez sam fakt jak mocno biło mu serce. Szum w uszach stawał się nie do zniesienia, ale czuł przecież na skórze, że to było piękne, bezwietrzne popołudnie. Przecież to było kurwa okrutne, żeby to wszystko rozkopywać, czy oni na pewno oboje tego chcieli? Ktoś się ich o to tak szczerze zapytał, czy po prostu dali się pokierować własnym ciałom i teraz leżeli naprzeciwko siebie rozdzieleni niby tylko tym talerzykiem, ale w rzeczywistości jakąś metaforyczną przepaścią, nad którą próbowali złapać się rękoma? W takich momentach człowiek aż chciał zacisnąć ręce po obu stronach głowy i krzyczeć, ale zamiast tego zamarł.
Byłoby miło, gdyby jednak uniósł kąciki ust w górę, nawet jeżeli sytuacja temu nie sprzyjała.
- Pokazać co? Całe życie? Co trzymam w rozporku? Mrugnij dwa razy, jeżeli nie napatrzałeś się ostatnio - odpowiedział szybko, kontynuując panikę towarzyszącą mu przy początku tejże wypowiedzi. Balansowali na zbyt cienkiej granicy dyskomfortu, więc nie potrafił wyrazić się inaczej, tak jak by się tego oczekiwało po dorosłym człowieku. W tym wieku mózg podobno rozwinął się już całkowicie, ale jego był chyba permanentnie uszkodzony, nawet jeżeli zawsze mu mówiono, że zachowywał się doroślej niż inne dzieci. On wcale nie był doroślejszy, on miał cholerną traumę - te doświadczenia, które go do niej doprowadziły, stanowiły większości dzieci i wcale ich nie potrzebował. Potrzebował czuć się bezpiecznie, ale nikt mu nigdy tego nie zapewnił w wystarczającym stopniu, dlatego miał naprawdę wypaczone poczucie bliskości. - Nie mów, że nigdy nikt z tobą w to nie grał? - Wydawało mu się, że w Hogwardzkich murach to i flirt musiało być czymś powszechnie znanym. - Czarownica dodawała do wydań różne idiotyczne gadżety, w tym takie z zestawami pytań. Kiedy wszyscy wracali na wakacje do Londynu, to grali w to w Dziurawym Kotle. Było całkiem śmiesznie, póki nie pojawiało się pytanie „jaką masz relację z matką”, która dla nas obu jest ekwiwalentem zadania „idź do domu” podczas gry w butelkę. - Tak, wspominał swoje dzieciństwo, chociaż nigdy tego nie robił, ale czuł się do tego zmuszony. I pierwszy raz wspomniał przy Cainie, że tę matkę posiadał i że istniała pomiędzy nimi jakaś relacja, ale tak naprawdę ciężko było uznać to za prawdę, bo to była relacja z jakąś jej urojoną na przestrzeni lat wizją. Posiadał tylko jedno jej wspomnienie, ich ostatnie „spotkanie”, o ile można było to tak nazwać. Wiedział, że najgorszy jego element był rzeczywisty, był czymś zapisanym mu w kartach, które odczytali Bellowie, ale... reszta? Pamiętał czarne, kręcone włosy, pamiętał buty, pamiętał nawet ich dokładny rozmiar - a może nie pamiętał, może sobie to wszystko dopowiedział, bo wyobraźnia lubiła sobie takie rzeczy dopowiadać. Kiedyś przysiągłby perfekcję w tym jak dobrze zapamiętał wygląd jednej z kontrahentek, a później nie poznał jej na ulicy.
- Cóż za sugestywne pytanie. Podejrzewa mnie pan o coś, panie władzo? - Uśmiechnął się, mówiąc to wyjątkowo zaczepnym tonem głosu, chcąc wymusić pewnie skojarzenia. Nie rozwijając tej myśli, sięgnął do tego wspomnianego wcześniej talerza, bo skoro nie mógł przerywać sobie wypowiedzi zaciąganiem się dymem, to mógł zrobić to jedzeniem. - Jest urocza, w ten taki boleśnie niewinny sposób - wyznał. Coś go w tym piekliło - ta świadomość jej naiwności - nie będzie go tu przecież zawsze, żeby ją wyciągać z tarapatów i zakładać pułapki na oknach, nie będzie mógł zawsze opowiadać bajek, że w Londynie był szczurołapem. Żył świadomością tego, że ta przeszłość prędzej czy później po niego wróci - odnajdowało go coraz więcej osób, poza tym Bellowie upierali się, aby podążać za sabatami, a następny miał odbyć się w Londynie.
Ten gnój zamknął oczy i leżał w tym słońcu, w tej ciszy, jaka pomiędzy nimi zapadła, w ciszy okolic opuszczonego cmentarza, a Flynn... Jego głowa była głośna. Nie chodziło już nawet o te wszystkie sceny i zdania przepływające strumieniem przez wybujałą wyobraźnię, ale przez sam fakt jak mocno biło mu serce. Szum w uszach stawał się nie do zniesienia, ale czuł przecież na skórze, że to było piękne, bezwietrzne popołudnie. Przecież to było kurwa okrutne, żeby to wszystko rozkopywać, czy oni na pewno oboje tego chcieli? Ktoś się ich o to tak szczerze zapytał, czy po prostu dali się pokierować własnym ciałom i teraz leżeli naprzeciwko siebie rozdzieleni niby tylko tym talerzykiem, ale w rzeczywistości jakąś metaforyczną przepaścią, nad którą próbowali złapać się rękoma? W takich momentach człowiek aż chciał zacisnąć ręce po obu stronach głowy i krzyczeć, ale zamiast tego zamarł.
Byłoby miło, gdyby jednak uniósł kąciki ust w górę, nawet jeżeli sytuacja temu nie sprzyjała.
- Pokazać co? Całe życie? Co trzymam w rozporku? Mrugnij dwa razy, jeżeli nie napatrzałeś się ostatnio - odpowiedział szybko, kontynuując panikę towarzyszącą mu przy początku tejże wypowiedzi. Balansowali na zbyt cienkiej granicy dyskomfortu, więc nie potrafił wyrazić się inaczej, tak jak by się tego oczekiwało po dorosłym człowieku. W tym wieku mózg podobno rozwinął się już całkowicie, ale jego był chyba permanentnie uszkodzony, nawet jeżeli zawsze mu mówiono, że zachowywał się doroślej niż inne dzieci. On wcale nie był doroślejszy, on miał cholerną traumę - te doświadczenia, które go do niej doprowadziły, stanowiły większości dzieci i wcale ich nie potrzebował. Potrzebował czuć się bezpiecznie, ale nikt mu nigdy tego nie zapewnił w wystarczającym stopniu, dlatego miał naprawdę wypaczone poczucie bliskości. - Nie mów, że nigdy nikt z tobą w to nie grał? - Wydawało mu się, że w Hogwardzkich murach to i flirt musiało być czymś powszechnie znanym. - Czarownica dodawała do wydań różne idiotyczne gadżety, w tym takie z zestawami pytań. Kiedy wszyscy wracali na wakacje do Londynu, to grali w to w Dziurawym Kotle. Było całkiem śmiesznie, póki nie pojawiało się pytanie „jaką masz relację z matką”, która dla nas obu jest ekwiwalentem zadania „idź do domu” podczas gry w butelkę. - Tak, wspominał swoje dzieciństwo, chociaż nigdy tego nie robił, ale czuł się do tego zmuszony. I pierwszy raz wspomniał przy Cainie, że tę matkę posiadał i że istniała pomiędzy nimi jakaś relacja, ale tak naprawdę ciężko było uznać to za prawdę, bo to była relacja z jakąś jej urojoną na przestrzeni lat wizją. Posiadał tylko jedno jej wspomnienie, ich ostatnie „spotkanie”, o ile można było to tak nazwać. Wiedział, że najgorszy jego element był rzeczywisty, był czymś zapisanym mu w kartach, które odczytali Bellowie, ale... reszta? Pamiętał czarne, kręcone włosy, pamiętał buty, pamiętał nawet ich dokładny rozmiar - a może nie pamiętał, może sobie to wszystko dopowiedział, bo wyobraźnia lubiła sobie takie rzeczy dopowiadać. Kiedyś przysiągłby perfekcję w tym jak dobrze zapamiętał wygląd jednej z kontrahentek, a później nie poznał jej na ulicy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.