15.11.2022, 00:14 ✶
Kocham.
Słodycz wyznania nie była w stanie zniwelować goryczy, jaka zdążyła się rozlać po podniebieniu. Nie zależało mu zresztą na miłości, nie rozumiał jej fenomenu i za nic w świecie nie był w stanie pojąć dlaczego istnieli ludzie gotowi poświęcić wszystko dla drugiej osoby całkowicie bezinteresownie. Dla Leandra liczył się tylko fakt posiadania — a on bardzo pragnął posiadać Lorettę na własność. Być obiektem jej pożądania i lęku, pierwszą myślą po przebudzeniu i ostatnią przed zaśnięciem, mieć na wyłączność jej ciało i duszę, aby całkowicie podporządkowała mu swoje życie.
— Gdybyś naprawdę mnie kochała, nie ubrałabyś się tak wyzywająco — odparł drżącym głosem, unikając kontaktu wzrokowego — Nie wystarczam ci, Lori? Nie wystarczam, że szukasz aprobaty innych mężczyzn?
Odsunął się od niej, udając zranionego, choć jedynym, co w tamtym momencie czuł, była pożoga trawiącego od środka gniewu. Przez moment rozważał nawet zepchnięcie dziewczęcia ze schodów; przez jakiś czas odgrywałby żałobę, a później znalazłby sobie nową narzeczoną. Roztropniejszą. Uleglejszą. Kiedy jednak jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Loretty, doszedł do wniosku, że żadna kobieta nie byłaby mu w stanie jej zastąpić. Nie lubił stagnacji, pragnął ciągłych wyzwań, a tym właśnie była ta mała wiedźma. Poza tym, miała jakieś zainteresowania, co z góry określało ją jako wartościowego człowieka, w przeciwieństwie do reszty kobiet w tym domu.
Czuł, że od ciągłego uśmiechania się boli go już twarz, ale nie przestawał robić dobrej miny do złej gry; nawet się nie zająknął, gdy Séraphine Anne pożyczyła Lorecie swe odzienie. Mogłaś nie ubierać się jak ladacznica — tymi słowami chciał skarcić narzeczoną, lecz nie przeszły mu one przez gardło. Rozmówi się z nią na osobności, gdy drzwi zamkną się za ostatnimi gości. Ukarze ją za to, w jaki sposób go potraktowała.
— Tak, mamo — pokiwał głową, zwracając się w stronę Jennifer — Jestem pewien, że gdzieś znajdzie się bardziej odpowiedni strój dla Loretty. Poprosisz skrzata?
Odszedł na moment, by zamienić słowo z rodzicielką, prędko jednak wrócił do Loretty. Nie chciał zostawiać jej samej, nie w towarzystwie nieznajomych kobiet i mężczyzn, którzy rzucali jej — w jego mniemaniu — pożądliwe spojrzenia. Należała do niego i to on będzie decydował, z kim dziewczyna będzie rozmawiać. Miał, na Merlina, wkrótce zostać jej mężem.
Propozycje, jaką Eden złożyła pannie Lestrange, odebrał jako personalny atak — jak inaczej wytłumaczyć to, że ta mała wiedźma patrzyła na niego, zupełnie tak, jakby go przejrzała? Chciał użyć daru jasnowidzenia, przekonać się, jakie miała wobec niego zamiary, jednak w całym tym zgiełku trudno było się skupić.
— Eden, masz coś między zębami. Zdaje mi się, że to... Och, wygląda na to, że to kawałki lokatora zalegającego z czynszem. Chodź, Loretto. Dajmy jej chwilę prywatności — rzucił beztrosko, zgarniając narzeczoną jak najdalej od przedstawicielki parasitus walletus, inwazyjnego gatunku z Wiltshire żerującego na wypłatach uczciwych czarodziejów. Lepiej trzymać się od takich z daleka; nie wiadomo czy nie byli nosicielami gorączki landlordowskiej, podstępnej choroby, która polegała na inwestowaniu w nieruchomości.
Byłoby zabawnie, jakby jakaś spłonęła w niewyjaśnionych okolicznościach.
— Może wyjdziemy do ogrodu? Tutaj jest zbyt tłoczno — zaproponował, choć i tak nie zamierzał brać pod uwagę opinii Loretty. Była mu to winna, za upokorzenie, na jakie go wystawiła swym ubiorem. Zatopił więc paznokcie w mlecznej skórze i zaciągnął ją na werandę, gdzie mieli chwilę prywatności. A przynajmniej tak mu się wydawało.
Słodycz wyznania nie była w stanie zniwelować goryczy, jaka zdążyła się rozlać po podniebieniu. Nie zależało mu zresztą na miłości, nie rozumiał jej fenomenu i za nic w świecie nie był w stanie pojąć dlaczego istnieli ludzie gotowi poświęcić wszystko dla drugiej osoby całkowicie bezinteresownie. Dla Leandra liczył się tylko fakt posiadania — a on bardzo pragnął posiadać Lorettę na własność. Być obiektem jej pożądania i lęku, pierwszą myślą po przebudzeniu i ostatnią przed zaśnięciem, mieć na wyłączność jej ciało i duszę, aby całkowicie podporządkowała mu swoje życie.
— Gdybyś naprawdę mnie kochała, nie ubrałabyś się tak wyzywająco — odparł drżącym głosem, unikając kontaktu wzrokowego — Nie wystarczam ci, Lori? Nie wystarczam, że szukasz aprobaty innych mężczyzn?
Odsunął się od niej, udając zranionego, choć jedynym, co w tamtym momencie czuł, była pożoga trawiącego od środka gniewu. Przez moment rozważał nawet zepchnięcie dziewczęcia ze schodów; przez jakiś czas odgrywałby żałobę, a później znalazłby sobie nową narzeczoną. Roztropniejszą. Uleglejszą. Kiedy jednak jego spojrzenie skrzyżowało się ze spojrzeniem Loretty, doszedł do wniosku, że żadna kobieta nie byłaby mu w stanie jej zastąpić. Nie lubił stagnacji, pragnął ciągłych wyzwań, a tym właśnie była ta mała wiedźma. Poza tym, miała jakieś zainteresowania, co z góry określało ją jako wartościowego człowieka, w przeciwieństwie do reszty kobiet w tym domu.
Czuł, że od ciągłego uśmiechania się boli go już twarz, ale nie przestawał robić dobrej miny do złej gry; nawet się nie zająknął, gdy Séraphine Anne pożyczyła Lorecie swe odzienie. Mogłaś nie ubierać się jak ladacznica — tymi słowami chciał skarcić narzeczoną, lecz nie przeszły mu one przez gardło. Rozmówi się z nią na osobności, gdy drzwi zamkną się za ostatnimi gości. Ukarze ją za to, w jaki sposób go potraktowała.
— Tak, mamo — pokiwał głową, zwracając się w stronę Jennifer — Jestem pewien, że gdzieś znajdzie się bardziej odpowiedni strój dla Loretty. Poprosisz skrzata?
Odszedł na moment, by zamienić słowo z rodzicielką, prędko jednak wrócił do Loretty. Nie chciał zostawiać jej samej, nie w towarzystwie nieznajomych kobiet i mężczyzn, którzy rzucali jej — w jego mniemaniu — pożądliwe spojrzenia. Należała do niego i to on będzie decydował, z kim dziewczyna będzie rozmawiać. Miał, na Merlina, wkrótce zostać jej mężem.
Propozycje, jaką Eden złożyła pannie Lestrange, odebrał jako personalny atak — jak inaczej wytłumaczyć to, że ta mała wiedźma patrzyła na niego, zupełnie tak, jakby go przejrzała? Chciał użyć daru jasnowidzenia, przekonać się, jakie miała wobec niego zamiary, jednak w całym tym zgiełku trudno było się skupić.
— Eden, masz coś między zębami. Zdaje mi się, że to... Och, wygląda na to, że to kawałki lokatora zalegającego z czynszem. Chodź, Loretto. Dajmy jej chwilę prywatności — rzucił beztrosko, zgarniając narzeczoną jak najdalej od przedstawicielki parasitus walletus, inwazyjnego gatunku z Wiltshire żerującego na wypłatach uczciwych czarodziejów. Lepiej trzymać się od takich z daleka; nie wiadomo czy nie byli nosicielami gorączki landlordowskiej, podstępnej choroby, która polegała na inwestowaniu w nieruchomości.
Byłoby zabawnie, jakby jakaś spłonęła w niewyjaśnionych okolicznościach.
— Może wyjdziemy do ogrodu? Tutaj jest zbyt tłoczno — zaproponował, choć i tak nie zamierzał brać pod uwagę opinii Loretty. Była mu to winna, za upokorzenie, na jakie go wystawiła swym ubiorem. Zatopił więc paznokcie w mlecznej skórze i zaciągnął ją na werandę, gdzie mieli chwilę prywatności. A przynajmniej tak mu się wydawało.